Uczono mnie w szkole w PRL, że zły Zachód w 1939 roku zdradził głupią, sanacyjną Polskę, która powinna była dogadać się z dobrym i sprawiedliwym Związkiem Sowieckim, który obroniłby ją przed potworem Hitlerem. Naprawdę. Tak było napisane w podręcznikach, czarno na białym, podręcznikach, których autorzy bez wahania podpisywali swoje nazwiska pod elementem Wielkiego Sowieckiego Kłamstwa…
Dla rozkładu Kresów – rozumianych jako przestrzeń spotkania kultur we wschodniej części dawnej Rzeczpospolitej – rok 1939 roku nie stanowi ani punktu wyjścia, ani punktu dojścia. Jednakowoż jego obciążenie symboliczne jest na tyle znaczące i czytelne, że nie wymaga tłumaczenia. Wojenna zagłada dotyczy części Kresów jednocześnie w pewnym sensie ostatniej i bodaj najistotniejszej, zawierającej stolicę WKL oraz stolicę polskiego Piemontu w wieku XIX. Można argumentować, że obecnie Kresów w znaczeniu kulturowym Polska nie posiada, chociaż np. Podlasie zawiera pewne kojarzące się z nimi elementy.
Wojna, a zwłaszcza 17 września 1939 r., oznaczał koniec prawdziwej mekki teatru, jaką był Lwów. Co prawda lwowski teatr odrodził się po 1945 r., ale w zupełnie innej postaci.
Pokaz filmu „Fatalny rozkaz. Wilno 1939”, debata „Wileńska pamięć o historii” i prezentacja Wileńskiego Klubu Rekonstrukcji Historycznej Garnizon Nowa Wilejka – to główne punkty wydarzenia, mającego miejsce 11 listopada 2024 r. w polskim Gimnazjum im. Kraszewskiego w Wilnie.
W popularnych wyobrażeniach towarzyszących sowieckiej agresji 1939 roku i jej konsekwencjom, losy Polaków funkcjonują w ramach swoistej typologii. Trwałe miejsce zajmują w niej z jednej strony przedwojenny oficer – ofiara Katynia, więzień łagru, czy kresowa rodzina wywieziona do Kazachstanu i tam osiadła; z drugiej – obywatele II RP, którzy znaleźli sposób, by wydostać się z ZSRS: ogólnie rzecz biorąc ci, co trafili „do Andersa” i ci, co, nie mając takiego szczęścia, przybyli do „Polski ludowej” z armią Berlinga albo jako tzw. „repatrianci” (de facto: ekspatrianci) w latach 1944-1959. Ale byli i inni.
Obchody Święta Niepodległości w Warszawie, rok 1933. Obok Marszałka stoi Adam Sokołowski
Dla wielu polskich żołnierzy kampania wrześniowa 1939 r. skończyła się dopiero na początku października. O dramatycznych walkach z agresorem ze wschodu opowiadają wspomnienia ppłk. dypl. Franciszka Pokornego.
Wśród dokumentów dotyczących sowieckich przygotowań do inwazji na Polskę we wrześniu 1939 r. szczególne miejsce zajmuje tajna Dyrektywa Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych ZSRR Ławrentija Berii o utworzeniu Grup Operacyjnych NKWD w celu wkroczenia wojsk sowieckich na terytorium zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi[1].
Wśród nielicznych wspomnień obrońców strażnic znajduje się relacja sierż. Władysława Zygadły, dowódcy strażnicy „Wardomicze” (2 kompania „Hnieździłów” batalionu KOP „Budsław”. Relacja, spisana zapewne już na początku 1942 r., przechowywana w archiwum Instytutu Historycznego im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie (B.I.96/E) stanowi cenny materiał do dziejów obrony wschodnich granic Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 r.
Tak wyglądały strażnice KOP. Tu – w Korcu na Wołyniu. Fot. Wikipedia
Cały istnienia okres międzywojenny możemy określić jako niekończące się pasmo przygotowań Armii Czerwonej do napadu na Polskę, do rewanżu za porażką pod Warszawą w 1920 roku w toku wojny polsko-bolszewickiej. Podczas prawie wszystkich sowieckich ćwiczeń wojskowych armia Polska była rozpatrywana przez sowiecki sztab generalny, jako główny przeciwnik.
Armia Czerwona na defiladzie w Moskwie, przed II wojną światową