O Janie Ernście i jego rewelersach. Część II : na orbicie

W rodzinnym Lwowie Jan Ernst stworzył jeden z najbardziej cenionych kwartetów wokalnych II RP. Występował z takimi sławami jak Hanka Ordonówna, współpracował też z „Wesołą Lwowską Falą”. Być może przed sowiecką niewolą w roku 1939 uratowała go druga pasja – geografia, w której ostrogi zdobywał u Eugeniusza Romera.

Link do części I: https://kresy1939.pl/blog/2025/10/09/o-janie-ernscie-1909-1993-i-jego-rewelersach-czesc-1/

Chór Eryana ok. 1934 r. Od lewej na pierwszym planie: Mieczysław Ziołowski, Jan Ernst, NN, Tadeusz Jasłowski, Stanisław Zych.

W pierwszej połowie 1931 roku najpilniejszą potrzebę dla powstającego Chóru Eryana stanowiła rozbudowa repertuaru. Cztery piosenki odziedziczone po rewii „Żart à la carte” (m.in. tango „Agawa”) wypełniały zbyt mało czasu scenicznego, by zespół mógł wznieść się ponad poziom suportu dla innych – a przecież w tym celu ogłosił niepodległość!

Oczywiście, w twórczym wzrastaniu pomagały wcześniejsze utwory, juwenilia w zasadzie, komponowane przez Ernsta na potrzeby „Naszego Oczka” czy bodaj jeszcze w gimnazjum bernardyńskim: nieopracowane, ale istniejące już na nutowym papierze. Dużym oparciem była anielskiej cierpliwości matka Eryana, pozwalająca rozśpiewanej młodzieży organizować próby do późna w nocy i za nienazbyt wygórowaną cenę niepalenia papierosów w domu. Zawsze też w poczuciu artystycznego zagubienia można było podpatrzeć, z jakich rozwiązań korzystają koledzy z Chóru Dana – z którym notabene Eryanowcy do końca pozostali w stosunkach przyjacielskich.

Mimo tych zastrzeżeń, przynajmniej uznanie powinien budzić fakt, iż w bardzo krótkim okresie od lutego do kwietnia zespół opracował szesnaście nowych piosenek, tak więc w sumie dysponował już dwudziestoma. Wkrótce miały też nadejść te, które bardziej może niż dotychczasowe zapewniły zespołowi miejsce w historii polskiej muzyki: bajka „Cztery małe krasnoludki” (1935), pół wieku później wspaniale zrewitalizowana przez Andrzeja Strzeleckiego, czy przyjemnie absurdalna lulanka „Królewna, król i paź” (1933), nagrana nie tak dawno przez Grzegorza Turnaua i Magdę Umer na płycie „Kołysanki utulanki”

Czym innym wszelako jest dorobić się artystycznego portfolio, nawet dobrego, a czym innym przebić się z nim do szerokiej publiczności; nie ma takiej reguły, która jedno z drugim wiązałaby w sposób ścisły. A skoro tak, to trzeba w tym miejscu postawić pytanie: jak to się stało, że zespół młodzieży akademickiej o bądź co bądź ograniczonym zasięgu oddziaływania urósł do rangi ważnego gracza na scenie krajowej? Gdzie szukać sprężyn tego sukcesu?

We wzmiankowanych już „Dwóch liniach życia” Eryan wskazuje – wyraźnie, choć zdawkowo – na postać „serdecznego przyjaciela”, Mariana Stawińskiego, „absolwenta Wyższej Szkoły Handlowej we Lwowie”. Powiada o nim, iż „miał zmysł handlowy, rozumiał więc znaczenie reklamy, miał też dużo osobistego uroku i energii”. Kilka stron dalej owoż impresario chwalony jest za sukces pierwszej trasy koncertowej, która przerodziła się w imprezę cykliczną obejmującą swym zasięgiem szmat ówczesnej Polski (od Zaleszczyk po Jastarnię i na bis podczas powrotu!).

Kamienica Kryńskiego w Alejach Jerozolimskich 32 – siedziba Głównego Urzędu Statystycznego w latach 1920-1939.

Do sukcesu grupy, rozumianego tutaj jako wyjście poza akademickie opłotki, mógł jednak przyczynić się jeszcze ktoś. Otóż w dziejach chóru wyraźnie widać takie wydarzenie, o którym dzisiaj powiedziałoby się: gamechanger. Przed nim cisza, a po nim: zaproszenia do radia, nagrania płytowe, pierwsze wyjazdy w teren, wieczorki z Hanką Ordonówną w „sanatorium alkoholowo-leczniczym” czyli legendarnej knajpie Atlasa i tam też upamiętnienie w postaci wierszyka:

„Warszawa ma Dana,
Cerkiew swe alumny,
A Lwów ma Erjana,
Z którego jest dumny”.

Słowem: wejście na orbitę.

Tym wydarzeniem był recital zorganizowany w kwietniu 1931 roku (to właśnie na tę okazję opracowywano wspomniany wyżej repertuar złożony z 16 piosenek). Miejsce: sala balowa Kasyna i Koła Literackiego we Lwowie – pomieszczenie mogące siedzących tylko osób pomieścić 400, a po „optymalizacji” przestrzeni – nawet 600, a więc tyle co na parterze Filharmonii Narodowej. Do takich konzerthausów nie zaprasza się ludzi niesprawdzonych, no chyba, że za poręczeniem odpowiedniej persony. Na przykład Kaspara Weigla –  profesora geodezji i wiceprezesa zarządu Kasyna w jednej osobie, piastującego również godność honorowego filistra korporacji „Leopolia”, do której należał nie tylko Ernst, ale również jego opiekun po śmierci Ojca, profesor Jan Czekanowski, a także Weiglów syn.

Nie przesądzając niczego w kwestii ewentualnego poparcia ze strony zarządu Kasyna – jedno jest pewne – powierzenie recitalu Eryanowcom okazało się strzałem w dziesiątkę, o czym świadczą liczne bisy oraz dwukrotne powtórzenie całego występu.

Istniał jednak wpisany w formułę Chóru Eryana pewien, jak się z czasem okazało – nierozwiązywalny defekt. Gruntowne wykształcenie muzyczne i niekłamany talent lidera nie pozwalał spaść poniżej pewnego poziomu, stać się zespołem grającym do przysłowiowego kotleta. Z drugiej jednak strony Jan Ernst, nie chcąc porzucać kariery naukowej (po ukończonych studiach rozpoczął pracę nad doktoratem) nie zdecydował się na pełną profesjonalizację swej artystycznej działalności.

Konsekwencje nietrudno sobie wyobrazić: ci spośród członków zespołu, którzy wiązali swą przyszłość z muzyką chętnie pozwalali się werbować rewelersom zawodowym – i lepiej finansowo sytuowanym. Innymi słowy, Eryanowcy byli za duzi by zostawić ich w spokoju, ale za mali by konkurować z drapieżnikami. Kwestią pozostawało nie tyle: czy śpiewak odejdzie? tylko: kiedy? i w jakim stylu? I tak na przykład „obdarzony wyjątkowo wysokim i swobodnym tenorem” Tadeusz Jasłowski przeszedł do Chóru Dana w roku 1936 bez większych zgrzytów – a przynajmniej bez palenia za sobą mostów. Ale już Włodzimierz Bożyk i Mieczysław Ziołowski, zwabieni przez Juranda (Jerzego Koszutskiego) dużymi pieniędzmi, porzucili kolegów we dwóch naraz, w trybie natychmiastowym, a na domiar złego w przededniu planowanego z dużym rozmachem jubileuszu 5-lecia.

Z pozostawieniem muzycznej działalności niejako w antyszambrze wiązała się też ściśle druga niesprzyjająca muzom okoliczność – czyli właśnie owe zajęcia główne. Jak pamiętamy, w przypadku Ernsta była to geografia ekonomiczna, którą studiował m.in. pod kierunkiem zaprzyjaźnionego z ojcem Eugeniusza Romera. Obie dziedziny dawały się jednak pogodzić – dopóty, dopóki młody Jan funkcjonował w środowisku lwowskim, czy to pisząc doktorat i pracując w charakterze asystenta-wolontariusza na Uniwersytecie Jana Kazimierza, czy to pełniąc służbę wojskową w 19. Pułku Piechoty na Cytadeli – skróconą zresztą do roku tytułem tzw. cenzusu wykształcenia i dodatkowo złagodzoną dzięki poparciu, jakim chór cieszył się w kręgach dowódczych.

Kiedy jednak w 1937 Ernst wyjechał do Rzymu w związku z przyznanym mu przez rząd włoski stypendium naukowego, dalsza działalność artystyczna okazała się po prostu niemożliwa (bo jak też i zarządzać chórem z odległości 1400 kilometrów?) i musiała zostać zawieszona – z nadzieją na jej wznowienie po powrocie.

Tymczasem pobyt w Wiecznym Mieście wywołał w życiu Ernsta prawdziwą rewolucję. Nie ze względu na sam program wymiany naukowej, ale towarzyszące mu wydarzenia, a dokładnie poznanie dwóch osób, z których jedna, urocza, 20-letnia Polka z Warszawy zostanie jego żoną, a druga, Edward Szturm de Sztrema, zaproponuje mu pracę w Głównym Urzędzie Statystycznym (mieszczącym się wówczas nie na rogu dawnej Lecha Kaczyńskiego i Niepodległości, ale w nieistniejącej dziś Kamienicy Kryńskiego w Alejach Jerozolimskich).

W tej sytuacji jasnym było, że młody człowiek zdecydował się opuścić Lwów, zrzucając po drodze płaszcz Eryana, tym razem z zamiarem definitywnym. Miłość, kariera – to są sprawy niewymagające komentarza.

Cytadela we Lwowie – miejsce stacjonowania 19. Pułku Piechoty,  macierzystej jednostki Jana Ernsta (tu – rok 1941).

Ale jest jeszcze coś. We wrześniu 1939 roku Ernst w charakterze podporucznika 19. Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa (w składzie 5 Dywizji Piechoty), walczącego i rozbitego między Płockiem, Sochaczewem a Gostyninem, został ranny i odwieziony do szpitala w Łodzi. Stamtąd udał się oczywiście do Warszawy, jednak tam czekało nań zarządzenie władz okupacyjnych nakazujące, by wszyscy polscy oficerowie zgłosili się do rejestracji. Jak powiada sam zainteresowany: „za nie wykonanie tego obowiązku wyznaczyli okupanci karę śmierci. Ponieważ wiele osób wiedziało, że właśnie wróciłem jako oficer z wojny, nie mogłem się zdecydować na takie ryzyko i zgłosiłem się do Komendy Garnizonu”.

Jan Ernst (1909-1993) w latach późniejszych.

Gdyby w tym momencie Ernst posiadał meldunek we Lwowie a fakt ten został ujawniony, jego dalsze losy najprawdopodobniej okazałyby się tragiczne. Oto bowiem na mocy porozumienia między III Rzeszą a ZSRS jeńcy wojenni znajdujący się w rękach jednej ze stron, a przed wojną zamieszkali na terenie okupowanym przez stronę drugą podlegały wymianie, przy czym – co istotne – o ile Sowieci nie „oddawali” oficerów, zatrzymując ich u siebie, o tyle Niemcy takiej selekcji nie dokonywali. I dlatego Jan Ernst – mieszkaniec Warszawy pozostał na terenie GG (gdzie przeżył wojnę), natomiast Jan Ernst – mieszkaniec Lwowa trafiłby najpewniej w ręce NKWD, a stamtąd – do Katynia. Razem z 42 kolegami – oficerami 19. Pułku, którzy w swoim czasie nie dokonali odpowiedniej przeprowadzki.

Dominik Szczęsny-Kostanecki

autor jest doktorem historii

Do posłuchania:

Zdjęcia: NAC, domena publiczna