Historycy i edukatorzy od co najmniej wieku zajmują się, prócz swego podstawowego zadania, jakim jest dociekanie prawdy o przeszłości i jej przekazywanie również próbami uzgadniania czy negocjowania poszczególnych, partykularnych pamięci lub może raczej – budowania i powiększania ich „części wspólnej”. Najczęściej pamięci takie definiowane są na fundamencie wspólnoty narodowej lub państwowej, choć bywają również „osobne”, węższe pamięci etniczne, ograniczone orientacją polityczną czy rodowodem społecznym.
Ja wyglądał 17 września w ostatnich miejscach urzędowania rządu II Rzeczypospolitej – w Kosowie i Kutach? Oto fragment wspomnień autorstwa Janusza Rakowskiego „Diariusz wrześniowego dramatu”, opublikowanych w paryskiej „Kulturze”.
Z lewej Janusz Rakowski, z prawej wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski
Janusz Rakowski we wrześniu 1939 r. był dyrektorem Gabinetu ministra skarbu i wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. Przez Rumunię trafił do Francji, a tam do 2 Dywizji Strzelców Pieszych. Został internowany w 1940 r. w Szwajcarii, gdzie mieszkał do końca życia. Zmarł w 2001 r. w Zurychu.
14 września 1939 r. wydzielona z odwodu 1 Dywizji Górskiej grupa kpt. Fleischmanna, dowódcy I batalionu 99 psg w sile półtora batalionu, opanowała Kozielniki i Sichów, okrążając Lwów od południa i południowego wschodu. Patrole przeciwnika docierały do Winnik, zagrażając komunikacji na szosie do Złoczowa. Natarcie III batalionu 1 pp grodz. na Dworzec Główny, podobnie jak uderzenie II i III batalionu 206 pp rez. pod Zboiskami, nie zakończyło się sukcesem. Siły polskie wzrosły do 20 batalionów piechoty, rozpoczęto formowanie czterech dalszych oraz do 65 dział, z tego 10 ciężkich. Podporządkowane gen. Langnerowi wojska znajdowały się w niemalże całkowicie otoczonym Lwowie, dostęp do którego był możliwy jedynie od wschodu szosą z Winnik. Rdzeniem załogi powinna stać się nadal niepełna 35 DP rez. (bez trzech batalionów), jednak była ona wykorzystywana mało skutecznie pojedynczymi batalionami, zamiast całością.
320 tysięczny Lwów w 1939 r. był stolicą województwa, ważnym centrum politycznym, komunikacyjnym i kulturalnym Małopolski Wschodniej oraz największym garnizonem Okręgu Korpusu nr VI, dowodzonego przez gen. bryg. Władysława Langnera. Plan operacyjny „Zachód” nie zakładał lądowej obrony miasta, położonego w znacznej odległości od granicy z Niemcami. Po zakończeniu mobilizacji, lwowskie pułki transportami kolejowymi odjechały na front, a po wybuchu wojny w mieście pozostały jedynie pododdziały wartownicze, Obrony Narodowej i przeciwlotnicze oraz Ośrodek Zapasowy 5 Dywizji Piechoty i Artylerii Lekkiej nr VI.
Historia przygotowań do sowieckiej inwazji na Polskę nadal skrywa wiele tajemnic. Wbrew obiegowej opinii rozpoczęły się one na wiele lat przez 1939 r. O ich skali i długofalowości doskonale świadczy znajdujący się w Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy w Kijowie unikatowy dokument zawierający listę 4613 osób, które w ocenie sowieckich służb należało „zneutralizować” natychmiast po zajęciu terenu Polski przez Armię Czerwoną.
Broszura zatytułowana „Spis oficjalnych pracowników, informatorów i prowokatorów polskiego wywiadu i policji politycznej” była efektem pracy wywiadu GPU (Państwowy Zarząd Polityczny, poprzednik NKWD), a potem NKWD oraz służb wojskowych. Na podstawie meldunków sowieckiej agentury oraz przesłuchań osób schwytanych przy przekraczaniu polsko-sowieckiej granicy począwszy od 1925 r. sporządzano spisy osób uznanych za wrogów ZSRR. Spisy te były co rocznie aktualizowane i wydawane w formie niewielkiej broszury, rozsyłanej do placówek kontrwywiadowczych rozlokowanych na poszczególnych kierunkach operacyjnych.
Dlaczego tak duże i znaczące dla Polaków miasta – Grodno i Wilno – nie były bronione przez regularne siły Wojska Polskiego? Od lat nie mamy na to jednoznacznej odpowiedzi. Równie trudna wydaje się też ocena postaw ludzi, którzy w obliczu dramatycznych wydarzeń wojny 1939 r. zmuszeni byli podejmować decyzje. Dyskusje na te tematy odżywają prawie każdego roku przy okazji wspomnień o bohaterskiej, ale nierównej walce Polaków.
Na zdjęciu: harcerze w Grodnie rzucają butelkami z płynem zapalającym w sowieckie czołgi. Z filmu „Krew na bruku. Grodno 1939”
Czy podjęcie walki rzeczywiście było wówczas niemożliwe i pozbawione sensu, zwłaszcza że mimo niezwykle trudnej sytuacji militarnej Polski w tym czasie Polacy wykazali się ogromną determinacją – jako pierwsi w Europie stawili zbrojny opór hitlerowskim Niemcom, gotowi także walczyć z najazdem sowieckim. Wojna stała się sprawdzianem dla całego społeczeństwa, w tym wojska. W sytuacjach zagrożenia dały znać o sobie słabości, rozterki dodatkowo pogłębiane przez skomplikowane okoliczności – złą łączność, nieprecyzyjne i mało stanowcze rozkazy, chaos organizacyjny, a wszystko to na tle dynamicznie rozwijającej się sytuacji wojennej.
Dla Sowietów niebezpieczni byli wszyscy Polacy w mundurach – dlatego na listach katyńskich, obok oficerów wojska i policji znaleźli się także leśnicy. Oto przykłady losów dwóch ludzi – wicedyrektora Dyrekcji Lasów Państwowych we Lwowie Kazimierza Barana oraz nadleśniczego w powiecie sokalskim Władysława Kotuli.
Dyrektor Kazimierz Baran
Kopanie rowów przeciwlotniczych we Lwowie, pierwszy z lewej Kazimierz Baran
Publikujemy fragment książki „Miasto jest jedno, wspomnienia są inne” autorstwa grodzieńskiego dziennikarza Rusłana Kulewicza. Jest to historia 92-letniego Jerzego Kierzkowskiego, który pochodził z Warszawy. Artykuł został w niewielkim stopniu zredagowany i skrócony.
Fara w przedwojennym Grodnie. Fot. domena publiczna
Mama Jerzego, z rodziny Makarczuk, była rdzenną grodnianką i urodziła się w Grodnie w 1900 roku. Cała jej rodzina Makarczuków – prawosławni, którzy byli zmuszeni emigrować na Ukrainę podczas pierwszej wojny światowej. Kilka lat później Makarczukowie wracają do polskiego już Grodna.
W ramach cyklu „Dziadek w polskim mundurze”, portal Znad Niemna przedstawił sylwetkę funkcjonariusza Policji Państwowej w okresie międzywojennym i żołnierza Żandarmerii Wojskowej w Armii Andersa, Jana Achramowicza. Jego losy są podobne do tych, które stały się udziałem wielu żołnierzy i policjantów z Grodzieńczyzny i Wileńszczyzny.
Po zajęciu Wołynia, Sowieci brutalnie represjonowali miejscową ludność – aresztowano ponad 50 tys. osób. Równolegle prowadzili sowietyzację gospodarki. Efekt były dramatyczny.