Spojrzenie z drugiej strony – cz. 3

Powiększ obrazKolumna czołgów BT-5

Oto trzecia część sowieckich opowieści o ataku na Grodno, „Atak czołgistów”. Nawet przy swej propagandowej wymowie (Polacy = bandyci, Grodno = miasto przerażone przez polski terror) ukazuje bohaterską obronę przed czołgami.

W godzinach wieczornych 20 września,  dowódca czołgów G. M. Morozow polecił zbadać siły i środki uzbrojenia przeciwnika na podejściach do miasta. Na zwiad pojechały dwa czołgi. Im bardziej zbliżali się do miasta, tym więcej padało strzałów. Oto i miasto. Ciemne domy, wąskie uliczki. Przerażeni polskim terrorem ludzie schowali się w domach. Czołgi podeszły do mostu przez Niemen, a tu napotkały ogień artyleryjski. Czołg Anczugowa został trafiony. Załoga została ranna. Morozow ruszył się na pomoc towarzyszom, ale w tym momencie pocisk trafił w czołgowy silnik. Natychmiast wyciekła woda, ale silnik nadal działał. Trzeba było wyprowadzić pojazd spod huraganowego ognia. Komandir Legotkin polecił opuszczenie miasta i wezwał sanitarkę, aby pomóc drużynie Anczugowa. Silnik rzęził, pracował bez wody i przegrzewał się, ale czołg jechał. Zacznij się palić olej, wnętrze było wypełnione dymem. Nie było czym oddychać.

Olej się pali, silnik przestał działać – zgłosił kierowca.

Do celu było pół kilometra. Strzelec Dawydenko poszedł więc do oddziału sanitarnego pieszo. Do załogi Anczugowa wysłano sanitarkę. Morozow do świtu chronił czołg. W godzinach porannych został on odholowany do tyłu.

Jest ranek 21 września. Cichy i chłodny. Nad ziemią kłębi się mlecznobiała mgła. Zeschła, żółta trawa pełna jest rosy. Szara, gliniasta ziemia przykleja się do podeszew butów.

Wzdłuż drogi prowadzącej od Wołkowyska do Grodna, stoją samochody: właśnie przybył nowy oddział piechoty zmotoryzowanej. W lewo od drogi całą łąkę zajmują czołgi. Jest ich bardzo wiele. Czołgiści w kombinezonach i hełmach chodzą dookoła swych maszyn, oglądając je starannie. Strzelcy siedzący w wieżyczkach opuszczają i podnoszą broń. Mechanicy – kierowcy przecierają pancerz i gąsienic, starannie oglądają silniki.

… Oddziały nie mogły wejść do miasta, bo musiały przejść przez duży, metalowy most, noszący imię Piłsudskiego. Można było oczekiwać, że Polacy zaminowali most. Ponadto, most i podejścia do niego znajdowały się pod ciężkim ostrzałem …

Komdyw rozkazał przeprowadzenie zwiadu pułkownikowi Gesselsonowi. Wsiadłszy do czołgu, Gesselson udał się do mostu. W zaniemeńskim przedmieściu znajdował się już trzeci batalion pułku majora Wwiedienskiego. Piechociarze prowadzili tu krwawy bój. O pancerz zastukały kule. Młodszy dowódca pobiegł do czołgu i wskazał na strych, skąd strzelano. Gesselson rozkazał strzelcowi posłać tam kilka serii karabinu maszynowego. Piechota podskoczyła i pod osłoną czołgu ruszyła do przodu.

Na następnym skrzyżowaniu pojazd pułkownika napotkał oficerów politycznych zgrupowania czołgowego, Podobieda i Sienina. Idąc na czele grupy czerwonoarmistów, ostrzelali poddasze dwupiętrowego budynku, w którym schronili się bandyci. I tu potrzebna była pomoc pojazdów opancerzonych. Czołg obrócił się i wystrzelił dwa pociski. Ale nie trzeba było strzelać dalej. Żołnierze rzucili się do ataku, wdarli się do domu i na poddasze.

Czołg wciąż znajdował się pod ciężkim ostrzałem. Ani na chwilę nie można było otworzyć drzwi pancernych. Woda w chłodnicy rozgrzewa się do 95 stopni, oddychać był coraz trudniej. Niemniej jednak most został osiągnięty. Pod ostrzałem dowódcy wyszli z samochodu i zbadali barykadę. Zwiad został zakończony pomyślnie.

Oto co pisze w swoim pamiętniku o zdobyciu Grodna komkor A. I. Jeremenko.

„Wczesnym rankiem 21 września byłem już na nogach. Wciąż było ciemno. Znów myślę nad planem ataku.

Oto pierwszy wystrzał działa wzmocnił jazgot karabinów maszynowych strzał, które brzęczały całą noc, a wszystko przyspieszyło przed świtem. Zaczęło się przygotowanie artyleryjskie, a o 10 godzinie – generalna ofensywa.

Moja grupa zaatakowała dwa rejony: fabrykę tytoniu, gdzie schronił się wróg, oraz umocniony rejon mostu i koszar. Około godziny 11 piechota zmotoryzowana i czołgi, atakujące umocnienia w rejonie mostu, znalazły się pod ciężkim ostrzałem wroga. Czołgi nie mogły przerwać umocnień, a piechota nie mogła przejść bez czołgów. W celu zachęcenia ludzi wsiadłem do czołgu, wyjechałem naprzód, stając na czele grupy maszyn i prowadząc je do ataku.

W czołgu jest nas trzech: mechanik-kierowca G.S. Topor, pomocnik strzelca wieżowego porucznik K. I. Zamorin i ja, jako dowódca i strzelec. Nasz czołg ściągnął na siebie ogień wroga. Nie czekając długo, odpowiedziałem ogniem. Po 40-50 – minutach walki wróg trafił w czołg, zaklinował wieżę. Strzelanie i obserwacja stały się niemożliwe i musieliśmy odjechać by się ukryć.

Biorąc drugi czołg (mechanik – kierowca A.P. Dorabonow, pomocnik strzelca Jermołajew), znów prowadzę maszyny do ataku. Kiedy zbliżyłem się do umocnień na moście, wróg z jeszcze większą siłą otworzył ogień. Pojazdy opancerzone nie mogły przerwać się przez most. Po godzinie walki silnik stanął z przegrzania. Przez 30 minut prowadziłem ogień, ale kończyła się amunicja, peryskop był uszkodzony, karabin się  zaciął, silnik stanął i nie chciał ruszyć. Z powodu ciężkiego ognia nie można było nas odholować, zresztą nie było nikogo w pobliżu. Dlatego też pomysłowy kierowca ruszył czołgiem na strome zejście w kierunku wroga i udało mu się uruchomić motor. Następnie pojechał 100-150 metrów do tyłu. Silnik znów się zatrzymał. Tutaj, mimo ciężkiego ognia, wzięto nas na hol. Udało mi się wziąć z nami rannego żołnierza, który krwawił, leżąc na chodniku.

Kiedy wzięto nas na hol, biorę trzeci czołg (kierowca S. F. Jelisiejew, pomocnik strzelca S.I. Nowikow) i ponownie prowadziłem czołgi do ataku. Dzięki peryskopowi do prowadzenia obserwacji, od razu odkryłem i precyzyjnie zidentyfikowałem punkty, skąd wróg prowadził ogień i ruszyłem do ataku na most.

Most miał trzy rzędy umocnień, w środku i na brzegach. Ponadto, ulice w pobliżu mostu, również zostały umocnione. Zniszczyłem pierwszą część przeszkód i wjechałem na most. Wróg ze wszystkich stron przez otworzył ciężki ogień pociskami przeciwpancernymi z karabinów maszynowych dużego kalibru, a pod koniec bitwy z armaty 37 mm. Przed nami jeszcze dwa rzędy umocnień – jak zęby. W takich warunkach czołg wszedł do walki. Z początku prowadziłem ogień z karabinu maszynowego i wystrzeliłem sześć magazynków amunicji. Potem zacząłem strzelać z działa, a następnie – naprzemiennie, w zależności od celu. Bój prowadziłem przez około dwie godziny, to znaczy, aż zniszczyłem główne punkty oporu wroga wypalania i wystrzelałem całą amunicję.

Pod koniec walki czołg miał zniszczony karabin maszynowy, rozbity peryskop, przebity bak benzynowy, ranny został kierowca i Jelisiejew i mój pomocnik Nowikow. Ja zostałem lekko ranny dwa razy: w nos i w rękę/

Dzień się kończył, nastał wieczór. Korzystając z resztek benzyny, która nie zdołała wyciec z baku, ruszyliśmy czołgiem najpierw w tył z mostu, a potem zawróciliśmy i odjechaliśmy do punktu dowodzenia.

Od redaktora: polscy obrońcy Grodna nie mieli najcięższych karabinów maszynowych, tylko ckm-y i rkm-y; nie mieli też dział przeciwpancernych, a jedynie dwie armaty przeciwlotnicze nie strzelające amunicją przeciwpancerną.