Kuropaty. Anatomia narodowej tragedii Białorusinów

Pewnego dnia, dziesięć lat temu, przywiozłem do tego tragicznego miejsca turystów z Polski. Uczestnicy konferencji naukowej chcieli zobaczyć przedwojenną granicę polsko-sowiecką, odwiedzić Mińsk i pokłonić się ofiarom stalinowskich represji w Kuropatach. Wielu uczestników forum naukowego wielokrotnie bywało w Katyniu, Bykowni i innych miejscach  zbrodni masowych NKWD. Ale miejsce pochówku tysięcy ludzi zniszczonych pod Mińskiem zaskoczyło polskich gości. Nie, Nie dlatego, że w Kuropatach w tym czasie nie było oficjalnego pomnika, ale skalą tragedii, która wydarzyła się tutaj pod koniec lat 30. i na początku lat 40.

Wycieczka do Kuropat

Widząc liczne krzyże na symbolicznych grobach, jeden z Polaków powiedział: „Ilu Białorusinów tu zamordowano. To uroczysko ma stać się miejscem ogólnokrajowego białoruskiego kultu ofiar bolszewickiego terroru”. – Kiedyś tak będzie – odpowiedziałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w pewnym sensie będę musiał przejść przez to, co przeszły ofiary represji stalinowskich. W styczniu 2024 r. zostałem aresztowany jako „propolski historyk” i oskarżony o „promowanie ekstremizmu”. W rezultacie przez dwa lata siedziałem w czterech więzieniach i jednej kolonii karnej, a kilka moich książek uznano za ekstremistyczne. M.in. za to, że rzekomo „za bardzo zagęszczałem kolory” opisując stalinowskie represje. Będąc w więzieniach, głębiej zrozumiałem tragedię, przez którą przeszli mieszkańcy Białorusi w latach trzydziestych XX wieku, kiedy stalinowscy oprawcy torturowali i mordowali białoruską inteligencję, chłopów, księży prawosławnych i katolickich i przedstawicieli innych grup społecznych żyjących w BSRR.

Powrót prawdy

W 1988 r. sowiecką Białoruś „wysadziła” wiadomość: pod Mińskiem znaleziono masowy grób. W artykule „Kuropaty – droga śmierci”, który został opublikowany w białoruskiej gazecie „Literatura i sztuka” (po białorusku – „Літаратура i мастацтва”), naukowcy Zenon Poźniak i Eugeniusz Szmygaleu opowiedzieli o tym, że w latach przedwojennych, w lesie w miejscowości Zialony Łuh pod Mińskiem, NKWD rozstrzeliwał ludzi. Na podstawie zebranych przez archeologów materiałów białoruska prokuratura rozpoczęła śledztwo. Podczas częściowej ekshumacji znaleziono szczątki setek osób i rzeczy należące do ofiar. Ponadto odkryto łuski z broni używanej przez katów. Prokuratura Generalna BSSR wszczęła śledztwo w tej sprawie. W tym samym czasie śledczy doszli do wniosku, że rozstrzelania w leśnym masywie Kuropaty dokonywali pracownicy NKWD.

Oskarżenie o zbrodnię czekistów wywołało oburzenie ze strony organizacji komunistycznych i kombatanckich. Pojawiła się „wersja”, że ludzi w Kuropatach zabijali podczas II wojny światowej Niemcy. Pomysł ten był aktywnie wspierany przez „Komisję społeczną”. W 1993 r. do Rady Najwyższej Białorusi „niezadowoleni towarzysze” przesłali propozycję przeglądu wyników śledztwa. Funkcjonariusze prokuratury wypracowali „niemiecki ślad” i udowodnili, że w archiwach Niemiec i Izraela nie ma wzmianki o masowym zniszczeniu ludzi w rejonie Zielonego Łuhu podczas nazistowskiej okupacji Białorusi. Co więcej, niemieccy badacze wskazywali, że ślady oprawców w Kuropatach różni się od śladów pozostawionych na miejscach zbrodni nazistowskich.

Funkcjonariusze NKWD Białoruskiej SRR

Nowe śledztwo w 1998 r. ponownie nie mogło potwierdzić udziału Niemców w masakrze w Kuropatach. Jednocześnie podczas prac archeologicznych znaleziono największy grób ofiar, a wśród artefaktów archeolodzy znaleźli więzienne pokwitowanie z 1940 r. o zabraniu więźniom cennych rzeczy. Dokument ten świadczył, że egzekucje pod Mińskiem odbywały się do momentu ataku Niemiec na ZSRR. Niestety, z każdym rokiem historia grobów w Kuropatach stawała się coraz bardziej upolityczniona, przez co cierpiała prawda historyczna. Z czasem na miejscu pochówku ofiar zbrodni stalinowskich pojawił się pomnik postawiony przez ludzi. Jednak, co tak naprawdę działo się pod koniec lat 30. w pobliżu starej drogi z Mińska do Zaslawia?

„Strzały w lesie”

Wróćmy do wspomnień tych, którzy widzieli tragedię na własne oczy. Mieszkaniec wioski Cna, Dmitrij Borowski wspominał, że ludzie w lesie zaczęli rozstrzeliwać w latach 1935-1936. „Byłem już duży. Próbował chodzić na tańce. Ale wtedy rzadko strzelano. Masowe rozstrzelania rozpoczęły się w 1937 r., a następnie postawiono ogrodzenie” – opowiadał naoczny świadek. A oto, co wspominał inny miejscowy mieszkaniec: „Latem 1937 r. zmarł mój ojciec, a matka zaczęła mnie wysyłać zamiast niego, aby wypasać krowy. Mieszkaliśmy na farmie, nasz dom był z dala od wioski. Krowy pasły się przy drodze zasławskiej. W jednym z pierwszych dni mojej pracy pasterskiej, o piątej rano, zobaczyłem ciężarówki wjeżdżające do lasu. Wkrótce potem rozległy się strzały. Nie wiedziałem, co to za samochody i dlaczego strzelają. Później dorośli wyjaśnili mi, że strzelają do <wrogów ludu>”. Jeden z kierowców NKWD tak opisał te wydarzenia: „Kiedy byłem kierownikiem garażu, usłyszałem od kierowców, że niektórzy z nich przewozili więźniów z wewnętrznego więzienia. Według nich strzelali do ludzi w lesie wzdłuż autostrady lohojskiej, ale gdzie dokładnie, nie powiedzieli mi.[…] Brali, jak pamiętam, do każdego <czarnego worona> po 15-20 osób, chociaż według projektu były one przeznaczone dla pięciu osób”.

W 1937 r. na Białorusi, podobnie jak w całym Związku Sowieckim, przeszła najostrzejsza fala stalinowskich represji. „Dziś na Białorusi nie mogą znieść tych obywateli, którzy dobrze znają język białoruski. Takie są uważane za pozostałości <nacdemów> (narodowa–demokracja – biał.). Na przykład Akademik Białoruskiej Akademii Nauk specjalnie stara się mówić po białorusku z błędami, aby komórka partyjna nie podejrzewała go o demokratyzm narodowy. W instytucjach publicznych i życiu codziennym bezpieczniej jest używać języka rosyjskiego, a nie białoruskiego. Przez długi czas Moskwa walczyła z znienawidzoną <narodową demogkracją>. Bolszewicy widzieli ją we wszystkim” –  tak w 1937 r. polska gazeta „Kurier Wileński” opisała represje w BSSR.

Szczątki ludzkie w Kuropatach

Tylko w ciągu jednej nocy, od 29 do 30 października 1937 r., „opricznicy” Stalina zabili ponad sto wybitnych postaci kultury i nauki Białorusi, wśród których warto przypomnieć takie osobistości jak Platon Halawacz, Aleś Dudar, Todar Klasztorny, Jury Liawonny. Grobem dla tych i innych ludzi stał się las kuropacki. Aby oskarżyć kogoś o „burżuazyjny nacjonalizm”, wystarczyło mówić po białorusku lub wypowiadać się na rzecz rozwoju kultury białoruskiej. To wtedy, w latach trzydziestych XX wieku, wraz z inteligencją niszczono tożsamość narodu białoruskiego. Wśród tych, którzy już w XXI wieku byli ze mną w białoruskich więzieniach, było wielu, którzy pomimo rusyfikacji i prześladowań ze strony władz nadal mówili po białorusku i pozostali wierni białoruskiej kulturze i historii. Nazywano nas „beczebesami”, „beczerami”, „nacjonalistami”. Często, choć nie oficjalnie, słyszano obraźliwą definicję „wróg ludu”. A wtedy paralele ze stalinowskimi represjami były szczególnie wyraźne.

Członków KPZB „pod nóż”

Ofiarami stalinowskich oprawców byli nie tylko obywatele BSSR. W drugiej połowie lat trzydziestych działacze Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB) masowo uciekają na Białoruś sowiecką. Polskie władze rozpoczęły represje wobec tej nielegalnej organizacji. Jej członkowie zostali aresztowani, osądzeni i wrzuceni za kraty. Jednak zachodnio-białoruscy komuniści i komsomolcy nie wiedzieli, jaki horror czeka na nich w „kraju robotników i chłopów”. Jeden z mieszkańców Stołpców wspominał: „Pod koniec 1938 r. kilku moich znajomych komsomolców aresztowała polska policja. Ojciec kazał mi iść do Białorusi sowieckiej. Mieszkaliśmy blisko granicy, znali każdy szlak. Zebrało się nas cztery osoby. Przeszli przez granicę i po drugiej stronie usłyszeliśmy: <Stój! Będę strzelał!>. Sowieccy pogranicznicy przeprowadzili nas do komendy. Tam zaczęli przesłuchiwać. Zastanawiali się, w jakim celu przekroczyliśmy granicę i jakie zadanie postawił nam wywiad polski. Odpowiadałem, że jestem członkiem komórki komsomołu, a oni mnie bili. Później zabrano nas do Mińska. Znowu przesłuchania i tortury. W końcu dali mi <mniej mniejszego> – 15 lat. Prawdopodobnie za to, że nie przyznałem się do winy. Ale moje koledzy zostali skazani na rozstrzelanie. Najwyraźniej nie wytrzymali zastraszania i podpisali zeznania”. Przed wybuchem II wojny światowej nie wszyscy mieszkańcy północno-wschodnich województw II RP chcieli służyć w Wojsku Polskim. Wielu uciekało do BSSR. „Granicę przekroczyliśmy w rejonie Radoszkowicz 21 sierpnia 1939 r., o świcie. Sami przyszli na posterunek pograniczny, gdzie natychmiast aresztowano nas i po krótkim przesłuchaniu zabrano do Zasławia. A siedem dni później do Mińska, do <Amerykanki>. Zostałem umieszczony w celi, która była w piwnicy. […] Nasza kamera nie była duża, ale mieściła 22-23 osoby. W tej klatce siedziałem przed sądem, do 1 listopada 1939 r. Podczas przesłuchań byłem torturowany. […] Mówiłem tak, jak było, przekonywałem, że nie jestem szpiegiem. […] 1 listopada 1939 r. byłem sądzony przez Trybunał Wojskowy. Skazano mnie na 15 lat. Znaliśmy tę zasadę: jeśli konwój mówi <do wyjścia z rzeczami>, oznaczało to, że ta osoba nie wróci do nas do celi. Wśród więźniów toczyły się wówczas rozmowy, że tych, którzy wychodzili <z rzeczami>, wywożono na rozstrzelanie do Zielonego Łuhu” – podkreślał we wspomnieniach jeden ze świadków epoki.

Kuropaty

Taki paradoks historyczny. Polskie władze, które na podstawie wyroków sądowych wysyłały zachodnio-białoruskich komunistów i komsomolców do więzień i obozu w Berezie Kartuskiej, w rzeczywistości ratowały im życie, ponieważ w ZSRR oskarżano ich o pracę dla polskiego wywiadu i rozstrzeliwano. Weteran KPZB Wasil Laskowicz wspominał: „Nie wierzyliśmy, że w BSSR sądzono i rozstrzeliwano komunistów z Zachodniej Białorusi. Ale musieliśmy uwierzyć, kiedy administracja polskiego więzienia, w którym byliśmy, pokazała nam polskie gazety opisujące procesy <uciekinierów>. Polacy mówili: <Cóż, komuniści, widzicie, Wasz Stalin, was sprzedał>. Bardzo smutna sytuacja”.

Aby zrozumieć tragedię, przez którą musieli przejść Białorusini pod koniec lat 30., przytoczę historię 17-letniego obywatela II RP Arkadiusza Leonowicza. Chłopak urodził się we wsi Żukow Barok w sierpniu 1919 r. Siostra Arkadia wspomina, że nauka dla brata była łatwa, chłopak mógł pomnożyć i podzielić duże liczby z pamięci. Był też świetnym sportowcem. Szczególnie lubił narty. Nikt nie mógł z nim konkurować w wyścigach na nich. W zespole kolegów z klasy Arkady zawsze był, jak mówią teraz, nieformalnym liderem. W maju 1937 r., w ostatnim roku nauki w polskim Gimnazjum im. Tadeusza Hołowki, Arkadiusz Leonowicz wraz ze swoim przyjacielem przekroczył granicę polsko-sowiecką, która przechodziła obok Kołosowa. Chłopcy chcieli trafić na studia do Instytutu w Mińsku. Jednak po stronie sowieckiej „zachodnicy” wpadli w ręce sowieckich pograniczników. Po przesłuchaniu na posterunku przewieziono ich do Mińska, do wewnętrznego więzienia NKWD „Amerykanka”. Siedemnastoletni Arkadiusz Leonowicz został oskarżony o współpracę z Oddziałem II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i na podstawie art. 68a, 22, 71 Kodeksu karnego BSSR został skazany na „najwyższy stopień ochrony socjalnej”, czyli na śmierć. Jakiś czas później Arkadiusz Leonowicz został rozstrzelany w Mińsku, najprawdopodobniej w Kuropatach. W lipcu 1966 r. krewni Arkadiusza otrzymali list z Mińska. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego BSSR zrehabilitowało chłopaka. Pośmiertnie.

Grzebień z napisem po polsku

Po wybuchu II wojny światowej więźniami mińskich więzień stali się także wielu obywateli polskich, którzy wpadli w ręce pracowników NKWD po przyłączeniu północno-wschodnich województw II RP do ZSRR. Podczas prac archeologicznych i ekshumacji w Kuropatach nie znaleziono rzeczy (guzików, orzelków), które świadczyłyby o rozstrzelaniu polskich wojskowych w tym miejscu. Znaleziono jednak wiele „cywilnych” rzeczy, które miały wyraźne  „zachodnie” pochodzenie. Między innymi w jednym z masowych grobów w Kuropatach odkryto męski grzebień, na którym widniał napis po polsku: „Trudne chwile więźnia. Mińsk. 25.04.1940. Myśl o Was doprowadza mnie do rozpaczy”. Na drugiej stronie przedmiotu było napisane: „26.04. Rozpłakałem się. Ciężki dzień”. Artefakt ten świadczy o tym, że wśród ofiar Kuropat byli także obywatele II Rzeczypospolitej, których stalinowskie organy represyjne rozstrzelały wiosną 1940 r.

Łuski od pocisków do rewolwera Nagant

W listopadzie 2018 r. w Kuropatach został umieszczony oficjalny pomnik „Ofiarom represji politycznych lat 30-40 XX wieku”. Niestety, dziś historia tragedii w Kuropatach w szczególności, jak cała historia stalinowskich czystek na Białorusi jest praktycznie zakazana. Jednak historia tragedii Kuropat wymaga głębokiego zrozumienia. Nie polityków i historyków, ale przede wszystkim zwykłych obywateli Białorusi. Tych, którzy niestety i po ponad 20 latach od uzyskania przez Białoruś niepodległości, nie są w stanie w pełni zrozumieć i zbadać wszystkich etapów białoruskiej historii. Dziś należy zrobić wszystko, aby współcześni Białorusini zrozumieli, że w latach 1930-1940 zbrodniarze stalinowscy zadali straszliwy cios świadomości narodowej naszego narodu. Skutki nocnych rostrazałów w Zielonym Łuhu niestety odczuwamy do dziś.

Ihar Melnikau

Autor jest doktorem historii

Zdjęcia: autor i domena publiczna