Lwowska jesień

Dzięki uprzejmości pana Michała Wojciechowskiego, publikujemy fragment książki autorstwa Jadwigi Wojciechowskej, opowiadający o Lwowie we wrześniu 1939 r. i sowieckiej okupacji.

Sowiecki czołg we Lwowie, wrzesień 1939

Już na parę dni przed wybuchem wojny zostałam wezwana do przygotowania na dworcu głównym we Lwowie kuchni dla powoływanych do wojska, którzy przyjeżdżali zziębnięci i głodni po nieprzespanych nocach. Zaczęli się też zjawiać uciekinierzy spod granicy niemieckiej. Pierwszego września wcześnie rano pojechałam z Hanią na dworzec, aby wszystko przygotować. Zapoznałam się mniej więcej z całą pracą, poinformowano mnie, gdzie są odpowiednie naczynia i produkty. Okazało się, że brakuje szeregu rzeczy, po które postanowiłam pojechać do domu. Jechałyśmy z Hanią w zatłoczonym tramwaju, gdy nagle zaczęły koło nas walić bomby z samolotów. Wjeżdżaliśmy w tym  momencie na ul. Sapiehy w pobliżu kościoła Św. Elżbiety. Zrobił się popłoch, krzyczano, aby zatrzymać tramwaj. Prowadziła go młoda dziewczyna, która po kilku dniach nauki zastępowała ojca, powołanego do wojska. Bardzo zdenerwowana nie mogła zatrzymać wozu. Ja na cały tramwaj wołałam o spokój, bo to na pewno tylko jakieś próby naszych samolotów. Niestety, były to bomby niemieckie na Lwów[1]. Gdy wreszcie wóz się zatrzymał wybiegli wszyscy, my z Hanią wyszłyśmy ostatnie. Naturalnie popędziłyśmy do domu, choć policja zaganiała do schronów. Biegłyśmy z całych sił; przy jakiejś studni ulicznej napiłam się wody, bo zupełnie zaschło mi w gardle. Uciekałyśmy nie przed bombami, lecz przed groźbami pójścia do schronu.

Nie pamiętam ile razy tego dnia był bombardowany Lwów, ale jeszcze tego samego dnia byłam znów na dworcu, gdzie nasza akcja była niezwykle potrzebna. Chodziłam tam codziennie od rana. Kiedyś byłyśmy tam tylko we dwie z jakąś panią. Nie miał kto przynieść kartofli, więc moja towarzyszka wzięła worek i powiedziała: „Jestem bardzo silna, mogę przynieść nawet pół metra”. Rzeczywiście przyniosła masę kartofli; obierając je zapytałam: „Chyba nie jest pani lwowianką, bo ja tutaj dużo kobiet znam, a pani nie”. „Tak – odpowiedziała, wczoraj przyjechałam z dziećmi do Lwowa, a mąż poszedł na front. Mieszkaliśmy w Lesznie”. „Tam mieszkali państwo Kowalczewscy” – powiedziałam. „Właśnie ja jestem Kowalczewska!”. No to się znamy, spędziliśmy razem wakacje u Józefostwa Kowalczewskich w Daszawie, kiedy urodziła pani swoją pierwszą córeczkę! – „Rzeczywiście, teraz sobie przypominam panią” – odpowiedziała moja towarzyszka.

Pani Kowalczewska, z domu hrabianka Potocka[2], świetnie jeździła konno, a teraz tak pokornie nosiła na plecach pół metra kartofli. Była strasznie zrozpaczona wojną. Później przestała przychodzić i nie wiem do tej pory, co się z nimi stało.[3] Odwiedzałam później często państwa Józefów Kowalczewskich, którzy mieszkali na Żelaznej Wodzie (mieli tam willę), ale i oni nic nie wiedzieli ani o pułkowniku Ignasiu, ani o niej. Później zgłosiło się jeszcze kilka pań do pomocy i żywiliśmy na dworcu nie tylko wezwanych do wojska żołnierzy, ale całą masę uciekinierów z Zachodu. Błagaliśmy tych biedaków, zmęczonych i wygłodzonych, aby wracali do swych domów i gospodarstw, bo Niemcy i tutaj wkrótce przyjdą, a lotnictwo niemieckie bez przerwy bombarduje Lwów.

Zbombardowany dworzec kolejowy we Lwowie

Wieści z frontu przychodziły smutne. Serce mi pękało z rozpaczy, bo czułam, że nie mamy dosyć sił, aby się obronić przed ogromną armią niemiecką. Wprawdzie 3-go września przystąpiły do wojny z Niemcami Anglia i Francja, ale na razie siedziały cicho. Wiadomości z frontu były coraz gorsze. Jedyna pociecha, że Warszawa postanowiła się bronić, ale rząd i nawet naczelny wódz opuścili stolicę, a następnie i kraj.

Nas też ogromnie namawiano, że mając auto powinniśmy wyjechać do Rumunii i dalej; wyjeżdżało dużo znajomych rodzin i chłopców. „Nigdy nie wyjadę ze swej ojczyzny – odpowiadałam, a jeśli mój mąż z synem wyjadą, to bezwzględnie zostanę z córką!”. Ale obaj włożyli mundury – jeden swój oficerski, a drugi przysposobienia wojskowego i obaj zgłosili się do obrony Lwowa, bo Niemcy już się zbliżali do miasta.

U nas w domu było pełno ludzi, przyjechało do Lwowa dużo rodziny z Warszawy i Piotrkowa. Zjawił się też mój siostrzeniec Marek Piaskowski z żoną, synkiem i pomocą domową, siostrzenica Nina Fijałkowska z mężem[4], siostrzeniec męża Władek Jaworowicz z żoną. Przyjechała też z Warszawy pani Praussowa[5] i obcych niemało. Tłok był taki, że uciekinierzy spali pokotem na dywanach i w piwnicy. Mieliśmy bardzo dobrze podpiwniczoną willę, więc okoliczna ludność prosiła o schron w naszych piwnicach. Kiedyś przyszła nasza przemiła krawcowa z synkiem[6], bo jej mąż poszedł do wojska. Chciałam ją umieścić w jednym pokoju na pierwszym piętrze, zaczęła mnie jednak prosić, żeby mogła zamieszkać w piwnicy, bo tam będzie bezpieczniej. Piwnice były to ładnie wyb

ielone pokoje, z małymi okienkami w górze i czystą podłogą. Poza tym była pralnia, gdzie można było gotować jedzenie, bo gaz i woda jeszcze były, jak również światło elektryczne. Tylko jedna salka od północy była zabezpieczona od ogrzewania; trzymaliśmy tam ziemniaki, owoce, wino. Ludzi było pełno i dobrze sobie radzili[7].

Dnia 12-go września Niemcy podeszli pod Lwów od strony Kulparkowa. Ponieważ nasz dom był przy końcu ul. 29 Listopada, znaleźliśmy się przy samej linii frontu, a następnie po środku między obu liniami. Kule padały do ogrodu i do mieszkania. Większość uciekinierów uciekła z naszego domu. Początkowo nasza ostatnia pozycja była jakieś 300 metrów od naszego domu. Przyszedł oddział wojska, 18 młodych chłopców i mówią: „Nie wiemy jak tam dojść, boimy się iść dalej!”. „Nie bójcie się – odpowiedziałam – ja was zaprowadzę!”. Trochę się wahali, ale powiedziałam im: „Przecież przyszliście, aby walczyć, a nie siedzieć na strychu, gdzie zresztą też często kulki wpadają!”.

Szłam naprzód, oni w dość dalekiej odległości za mną. Oficer, który dyrygował ogniem zobaczył mnie pierwszą i zaraz zaczął mi wymyślać, że tutaj bab nie trzeba itd. Niech pan nie krzyczy – powiedziałam mu, przyprowadziłam panu 20 chłopców, którzy bali się sami przyjść, a sama wrócę do domu; oni zresztą już byli za mną. Dziwnie się nie bałam, ani samolotów, ani kanonady armatniej. Cóż znaczyła śmierć moja i wielu innych w obliczu klęski mojej Ojczyzny!

Mój mąż i syn byli w mieście i brali udział w obronie. Pułkownik artylerii Frączek był zdecydowany bronić Lwowa choćby miesiąc. Miałyśmy w czasie oblężenia miasta jeszcze dość dużo przygód. Któregoś dnia postanowiłam pójść z córką do państwa Wieleżyńskich, którzy mieszkali dość blisko, przy ul. Grochowskiej 12; było to już prawie za miastem, potem była duża łąka i wieś Kulparków. Pan Wieleżyński był z córką[8], synową[9] i wnukami w domu, a żona jego była odcięta frontem, w domu za Kulparkowem, gdzie państwo Wieleżyńscy mieli małe gospodarstwo wiejskie[10]. Pan Wieleżyński był zrozpaczony, bo nic prawie nie mieli do jedzenia, szczególnie brak było mleka dla dzieci; nie miał też żadnej nadziei, aby móc się przedostać na wieś. Od razu ofiarowałyśmy się, że pójdziemy obie i wszystko co trzeba przyniesiemy. Był ranek i Niemcy jeszcze nie strzelali.

„Zajrzyjcie po drodze do naszej rozdzielni gazu, czy tam ktoś z naszych robotników tam pilnuje!” – poprosił pan Wieleżyński. Od paru lat cieszyliśmy się ogrzewaniem gazowym, ale jakoś nie interesowałam się naszą rozdzielnią gazu, która stała zaraz na ul. 29 Listopada. Była to olbrzymia hala z wielkimi maszynami; wszystkie koła cudownie się obracały. Obeszliśmy te maszyny dookoła, ale nigdzie nie było żywej duszy. Potem poszłyśmy przez wieś Kulparków; drogą jechali Niemcy na motocyklach, jeden za drugim, ale patrzyli na nas jak na powietrze. Doszłyśmy szczęśliwie do posiadłości państwa Wieleżyńskich, gdzie pani Wieleżyńska ucieszyła się, że nas widzi i że może posłać przez nas bańkę mleka i żywność.

Kochany pan Wieleżyński chciał się z nami dzielić żywnością, ale my jeszcze miałyśmy co jeść, a małych dzieci do mleka nie mieliśmy. Ucieszył się też bardzo że rozdzielnia gazu tak pięknie sama pracuje i miasto ma wciąż jeszcze gaz z Daszawy.

Drugi nasz wyczyn był już w czasie pełnego oblężenia. Dano nam znać, że w piwnicy domu nr 5 obok nas[11] kryje się 15 rannych żołnierzy, z których jednego trzeba było wynieść na noszach, a innego, rannego w oba oczy ktoś musi wyprowadzić. Posłałam Hanię do gimnazjum Królowej Jadwigi, bo tam był najbliższy szpital dla rannych[12]. Można tam było dojść ogrodami, choć kule gęsto padały. Niestety sanitariusze nie chcieli przyjść na samą prawie linię boju, tylko dali córce nosze, abyśmy najbardziej rannego przenieśli do bezpiecznego miejsca za ogrodami, gdzie mieli wyczekiwać.

Żołnierze tak się bali, że nie chcieli wyjść z piwnicy i wyszli dopiero na wielkie moje prośby. Porobiłyśmy już w płotach otwory, ale rannego musiałyśmy nieść same, bo wszyscy żołnierze byli ranni i słabi. Był on dla nas bardzo ciężki, więc wzięłam do pomocy naszą pokojówkę Władzię, bardzo młodą dziewczynkę. Wprawdzie bała się ona okropnie, ale miała do mnie takie zaufanie, że wolała iść z nami, niż zostać w domu beze mnie. Przez ogrody szło się nieźle, choć kulki często padały. Najbardziej niebezpiecznie było przy przejściu przez ul. Ostrołęcką. Niemcy zobaczyli ze swego punktu obserwacyjnego naszą grupkę żołnierzy i kule posypały się jak grad. Żołnierze jakoś przebiegli przez ulicę, a my z noszami czekałyśmy na skraju, licząc że może kanonada ustanie. Ja nawet schroniłam się pod drzewo, ale zobaczyłam, że Hania została przy noszach i pociesza chorego; zawstydziłam się bardzo i też wróciłam do noszy. Po pewnym czasie strzelanina zmniejszyła się i przeniosłyśmy rannego przez ulicę. Potem już było łatwiej, choć trzeba było robić otwory w płotach, ale wreszcie doniosłyśmy rannego do miejsca, gdzie czekały na nas sanitariuszki i zabrały go do szpitala. Wróciłyśmy do domu spokojnie.

Lwy przed lwowskim ratuszem – zdjęcie przedwojenne

Władzia była bardzo miłą i dobrą dziewczyną, ale miała kompleks strachu; był po temu co prawda mały powód. Pani Kamilcia, która skryła się u nas z malutkim synkiem, poprosiła, aby Władzia poszła z nią do jej mieszkania po kosz, w którym ma bardzo potrzebne rzeczy dla dziecka i dla siebie. Poszły o 5-ej rano, kiedy najmniej strzelano, ale Władzi i tak przestrzelono nogę. Rana była nieduża, kość nie naruszona i po paru dniach ładnie się zaczęła goić. Tym niemniej Władzia ani na krok mnie nie odstępowała, trzymała mnie za rękę, albo za sukienkę.

Miałam także kłopot z naszym psem Morusem, który łapał mnie za sukienkę i wyjąc ciągnął w najdalszy kąt piwnicy. Gdy zdołałam się wyrwać i zamknęłam go, wył i po prostu płakał, ale widać bał się nie tylko o siebie, ale i o mnie, bo jak przychodziłam do niego przestawał wyć i był bardzo zadowolony. Zmęczył mnie jednak bardzo, bo wciąż musiałam do niego biegać do piwnicy[13].

Dnia 22 września strzały ucichły; Niemcy cofnęli się do Przemyśla, a do Lwowa weszli Rosjanie[14]. W naszej okolicy zjawili się jednak dopiero po paru dniach, bo drogę zagradzały ogromne barykady i rowy. Mój mąż i syn wrócili do domu. Nastrój był więcej niż smutny. Trudno mi nawet pisać, co przeżywałam. Niedaleko nas mieszkali państwo Fronczakowie. Spotkałam panią F. na ulicy i spytałam o męża. „Już dwa dni siedzi zrozpaczony – odpowiedziała, jedzenie odsuwa i nie powiedział ani słowa. Nie wiem, co z nim będzie!”.

Pod okupacją rosyjską (1939–1940)

Prawie od razu po wkroczeniu wojsk rosyjskich zaczęły się aresztowania. Ogłoszono też, żeby wszyscy oficerowie zgłaszali się na placu przy Ratuszu, ale nie wiadomo było po co[15]. U nas zjawił się kolega mego męża z 9-go pułku ułanów, major Gołaszewski[16] i mówił, że wszystkich, którzy się zgłoszą wywiozą prawdopodobnie do Rosji. Mój mąż uważał tak samo. Przyszedł jeszcze drugi znajomy męża, pułkownik z Kołomyji, który również poprosił o cywilne ubranie, bo miał zamiar iść do podziemia. Ubrań było dużo, więc obaj panowie zostali przebrani na cywilów.

Gołaszewski postanowił iść zaraz za granicę i dostać się do Francji, aby tam walczyć dalej z Niemcami. Ubranie męża pasowało na niego doskonale i buciki także. Do kieszeni włożyłam mu kilka chustek do nosa; przydadzą się panu – powiedziałam. Prosił mnie, abym zatrzymała pieniądze dla jego żony, która została z dwojgiem dzieci w Trembowli; było tego dwa tysiące złotych. Liczyłam, że się z nią jakoś skontaktuję, co po pewnym czasie faktycznie mi się udało. Jego już więcej nie widziałam, ale znacznie później dostaliśmy jakąś wiadomość, że jest w Anglii i tam walczy.

W kilka dni po wejściu Rosjan mąż poszedł po raz pierwszy do biura[17]. Wkrótce po jego wyjściu, około godziny 10-ej, zjawiło się u nas trzech Rosjan w mundurach, pytając o niego. Powiedziałam, że poszedł normalnie do pracy. Mieli na karteczce adres „Gazoliny”[18], spytali czy tam pracuje i zaraz odeszli. Wiedziałam, że zaczęli już aresztować Polaków, byłam więc pewna, że przyszli zabrać męża. Bronek – syn był w domu. Kazałam mu natychmiast biec na skróty, przez glinianki, na ul. Sapiehy i uprzedzić ojca. Na szczęście ul. 29 Listopada była jeszcze wciąż zagrodzona barykadami i ani tramwaje, ani samochody nie mogły tamtędy przejechać, więc ci panowie musieli iść pieszo. Przez glinianki było bliżej, przy tym chłopiec pobiegł pędem, więc ich wyprzedził.

Sowiecka defilada we Lwowie, wrzesień 1939

Wyszli z ojcem z biura, przeszli na drugą stronę ulicy i stanęli przed kościołem Marii Magdaleny, czekając co dalej będzie. Po jakichś 10 minutach zobaczyli tę samą ekipę wchodzącą do biura. W pół godziny później opuściła ona lokal „Gazoliny”, prowadząc ze sobą jednego z urzędników. Jak się później okazało, zatrzymali go z powodu podobieństwa nazwiska, bo słabo im szło czytanie alfabetem łacińskim; na szczęście wkrótce go zwolnili.

[19]Mąż przenocował w mieszkaniu jednego z urzędników „Gazoliny”, pana Stareckiego, przy ul. Tomickiego. Następnego dnia nasze dzieci odprowadziły go stamtąd na dalekie przedmieście, gdzie przy krzyżu przydrożnym czekał Zbyszek Wieleżyński ze swym samochodem. Mąż postanowił przedostać się na Węgry i dalej na Zachód. Uważał, że nie ma szans utrzymać się w kraju i że w tej sytuacji ma nie tylko prawo, ale nawet obowiązek przedostać się za granicę. Nie mogłam się z nim nawet pożegnać, zachodziła bowiem obawa, że jestem śledzona i nie prędko spodziewałam się go zobaczyć.

Tymczasem już po tygodniu dostałam od męża wiadomość, że jest w Skolem i prosi o mój przyjazd. Koleje już zaczęły chodzić, więc jeszcze tego samego dnia byłam na miejscu. Bronek był bardzo mizerny, opowiedział mi swoje przejścia. Do Stryja dojechali bez przeszkód, bo Zbyszek umocował do samochodu czerwone chorągiewki i gnał 100 km na godzinę, nie zwalniając przed punktami kontrolnymi. Nocowali w gazowni należącej do „Gazoliny”. W nocy cały teren został szczegółowo przeszukany, jak się później okazało, z powodu donosu jednego z pracowników. Tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi mąż uniknął aresztowania. Nocował w małym pokoiku, do którego wchodziło się z sąsiedniego pokoju. Otóż drzwi z korytarza do tego pierwszego pokoju, dopóki były otwarte, zasłaniały całkowicie wejście do drugiego pokoju i rewidujący w ogóle tego wejścia nie dostrzegli.

Rano mąż odjechał natychmiast do Borysławia, gdzie zatrzymał się u naszych kuzynów Girzejowskich. Janusz zorganizował od ręki przerzut przez granicę. Przeprowadzić Bronka na Węgry podjął się jakiś były legionista, chłop ze wsi Majdan, leżącej w głębi Bieszczadów. Ruszyli w drogę już następnego dnia. Tymczasem w górach spadły niespodziewanie wielkie śniegi i marsz przez bezdroża był niezwykle ciężki. W nocy napadła na nich jakaś banda dezerterów; przewodnik uciekł, mąż stracił część swoich rzeczy. Ledwo żywy ze zmęczenia dotarł następnego dnia pod wieczór do małego miasteczka Smorze, położonego o parę kilometrów od granicy.

Zaraz na skraju osady natknął się na starego brodatego Żyda, który zwrócił się do niego w te słowa: „Niech pan oficer nie idzie w tamtą stronę, bo tam stoi posterunek czerwonej milicji, gdzie już wielu takich złapali, a niektórych na miejscu zastrzelili!”. Dlaczego pan uważa, że ja jestem oficerem – zapytał mąż. „Nu, ja na pewno nie wiem – odpowiedział Żyd, ale jak ja na pana spojrzał, to sobie pomyślał, że pan jest pewnie pułkownik, a co najmniej major, a może nawet generał!”.

„Jeśli mi pan tak dobrze radzi, to niech pan powie, co mam teraz robić?”. Żyd po chwili wahania powiedział: „Przez granicę to pan teraz nie przejdzie, bo już ją gęsto obstawili, a do tego śnieg tam leży i ślady są widoczne. Nu, niech pan zajdzie do mnie!” – i poprowadził go do swego domu.

Był piątek wieczór i właśnie zaczynał się szabas; cała rodzina zasiadła przy świecach do modłów, najpierw jednak męża nakarmiono, położono do łóżka i nakryto pierzyną. Początkowo czuł się trochę nieswój, bo już się rozeszły pogłoski, że Żydzi sprzyjają bolszewikom i denuncjują Polaków; doszedł jednak do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak zaufać gospodarzom i smacznie zasnął. Na drugi dzień odbyła się narada z udziałem zięcia gospodarza, woźnicy. Postanowiono, że ten zięć przewiezie męża swoją furą pod sianem do Skolego. Tak też się stało; na posterunku żołnierze pogadali chwilę z woźnicą i przepuścili furmankę nie rewidując jej. W Skolem mąż zatrzymał się u rodziców urzędnika „Gazoliny”, Probstów.

Jeszcze przez wyjazdem ze Lwowa porozmawiałam z państwem Kowalczewskimi, którzy mieli domek letniskowy w przygranicznej miejscowości Sławsko i postanowiłam tam jechać z mężem. Może stamtąd będzie łatwiej przejść granicę. W Sławsku okazało się jednak, że cała granica jest już szczelnie obstawiona, a złapanych mężczyzn straże sowieckie przeważnie na miejscu zabijają. Zdecydowaliśmy się wracać do Lwowa.

Na dworcu w Sławsku oczekiwaliśmy z niepokojem nadejścia pociągu z sąsiedniej, granicznej stacji Ławoczne. Na peronie była spora gromadka ludzi, wśród których kręciła się czerwona milicja, złożona z miejscowych Ukraińców. W pewnym momencie patrol milicji zaczął legitymować mego męża. Natychmiast wtrąciłam się do sprawy, mówiąc że czekamy z mężem na pociąg do Lwowa. Na to milicjanci mówią: „To niech pani sobie jedzie, a mąż zostanie tutaj!”. Oświadczyłam, że bez męża się nie ruszę, po czym zaprowadzono nas do poczekalni. W tym momencie pociąg wjechał na stację i zrobiło się małe zamieszanie. Jakiś człowiek, przypatrujący się od pewnego czasu uważnie mężowi, podszedł do komendanta milicji i zaczął z nim szeptać. Ogarnęło mnie przerażenie, a tymczasem komendant zwrócił się do nas i powiedział: „W porządku, możecie jechać!”.

Z ulgą wpadliśmy do pociągu, sadowiąc się w jakimś pustym przedziale. Nie długo jednak trwała nasza radość, bo oto do naszego przedziału wchodzi ten sam osobnik, który przed chwilą szeptał z komendantem milicji. Dłuższy czas siedzieliśmy w ciężkim milczeniu, wreszcie zaczęłam opowiadać naszemu towarzyszowi podróży, że jesteśmy uciekinierami z „Królestwa” i chcemy teraz jak najszybciej wracać do swego domu. Gość dłuższy czas słuchał tych opowiadań, aż nagle odezwał się:

„Po co pani mi tu opowiada, że jesteście z Królestwa; a kto to ma willę we Lwowie, przy ulicy Cypriana Norwida pod numerem siódmym?”. Zaniemówiłam, a gość zwrócił się do męża: „No i co, panie pośle, jakoś to inaczej wyszło, niż pan nam na wiecach opowiadał!”.

Po tak mało zachęcającym wstępie rozmowa jakoś się jednak potoczyła. Okazało się, że nasz towarzysz podróży jest Ukraińcem ze Lwowa, był ostatnio kierownikiem robót przy przebudowie ulicy 29 Listopada, tuż koło naszego domku i dobrze znał męża z widzenia. Z rozmowy wyniknęło, że posterunek czerwonej milicji w Sławsku był opanowany przez nacjonalistów ukraińskich, a nasz wybawca, który przedstawił się jako Borys, jest jakimś znaczniejszym działaczem tego obozu. „Zastanawialiśmy się – mówił, co z Panem zrobić i doszliśmy do wniosku, że w obecnej sytuacji nie czas załatwiać dawne porachunki; dla tego nie przekazaliśmy Pana władzom sowieckim. Radzę jednak jak najszybciej wyjechać z tego terenu”.

Nie na tym jednak był koniec naszych udręk. Na stacji w Stryju do pociągu rzuciły się ogromne tłumy pasażerów. Do naszego przedziału weszło dwóch żołnierzy sowieckich z karabinami, w towarzystwie cywila o rozbieganych oczach. Żołnierze usiedli przy drzwiach; wyglądało to, jakby nas pilnowali. W napiętej do ostateczności atmosferze pociąg zbliżał się do Lwowa. W pewnym momencie Borys powiedział do mnie szeptem: „Radzę wysiąść na ostatniej stacji przed miastem, bo we Lwowie będzie na pewno szczegółowa kontrola pasażerów”.

Stosując się do tej rady wysiedliśmy w Skniłowie, skąd zresztą było do naszego domu nie więcej, jak cztery kilometry. Jakież jednak było nasze przerażenie, gdy w ślad za nami wysiadł tajemniczy cywil wraz z dwoma towarzyszącymi mu żołnierzami. Co gorsza, cała trójka ruszyła w ślad za nami i podążała za nami wytrwale w odległości kilkunastu metrów. Nie ulegało już dla mnie wątpliwości, jakie są ich zamiary; nie mogłam jedynie zrozumieć, dlaczego nie aresztują nas od razu. Tak minęło ze 20 minut i sytuacja pozostawała bez zmian. Tymczasem weszliśmy na ulicę Kulparkowską i minęliśmy bramę znanego zakładu dla umysłowo chorych na Kulparkowie. W tym momencie rozległ się za nami przeraźliwy krzyk. Oglądamy się przerażeni – a tu obaj żołnierze szamoczą się z cywilem, który krzyczy rozpaczliwie: „Ja nie chcę tutaj wracać, puśćcie mnie, ratunku!!!”. Okazało się, że prowadzili umysłowo chorego i cała sprawa była czystym, choć niewiarygodnym zbiegiem okoliczności.

Mieliśmy jeszcze do rozwiązania jedną poważną trudność, trzeba było mianowicie znaleźć dla męża możliwie bezpieczne schronienie. O powrocie do naszego mieszkania nie mogło być mowy, a domy naszych bliskich przyjaciół również nie wchodziły w rachubę, bo w każdej chwili mogła tam być rewizja. Na szczęście pamiętałam, że niedaleko od domu państwa Wieleżyńskich, na tej samej ulicy Grochowskiej, mieszka z rodziną we własnym domku rodzony brat Janusza Girzejowskiego, Władysław, z którym nie utrzymywaliśmy dotychczas szczególnie bliskich kontaktów.

Państwo Girzejowscy, choć zupełnie nie uprzedzeni o naszej wizycie i świadomi niebezpieczeństwa na jakie się narażają, bez wahania zgodzili się udzielić gościny mojemu mężowi. Spędził tam blisko cztery tygodnie.

Jeszcze przed opisanymi przygodami, pod koniec września, zjawił się w naszym domu pułkownik Kotarski, przyjaciel męża z czasów poprzedniej wojny[20]. Przyszedł w stanie kompletnego wyczerpania, bo szedł pieszo w butach kawaleryjskich przeszło 40 km spod Janowa i od dwóch dni nic nie jadł. Poprzednio walczył bez wytchnienia w grupie wojsk generała Sosnkowskiego, aż do jej ostatecznego rozbicia. Przyszedł w podartym mundurze bez naramienników i wyglądał tak strasznie, że go w pierwszej chwili nie poznałam. Nakarmiłyśmy go z Hanią i opatrzyły straszliwe odparzenia na jego nogach, no i oczywiście zaopatrzyły w cywilne ubrania. Zaraz jednak powstał problem, gdzie go umieścić. Nie chciałam by nocował u nas, bo w związku z poszukiwaniem Bronka, w każdej chwili mogła być u nas rewizja. Przypomniałam sobie wtedy pana Stareckiego, który z taką gotowością udzielił schronienia memu mężowi, a który mieszkał samotnie w dwupokojowym mieszkaniu przy ul. Tomickiego. Zwróciłam się do niego z zapytaniem, czyby nie przyjął na nocleg naszego przyjaciela. Zgodził się bez wahania. Początkowo była mowa o kilkudniowym pobycie, który jednak przedłużył się do wielu miesięcy, bo płk. Kotarski postanowił zostać we Lwowie i rozpoczął działalność konspiracyjną, do której pan Starecki również się włączył[21].

Nasz dom zapełnił się tymczasem tłumami ludzi. Pokój Bronka na piętrze został zarekwirowany i zamieszkał tam Rosjanin, kapitan Seniukow, do którego później przyjechała żona. Pokój Hani wynajęłam pani Dłuskiej i jej córce Marii[22]. W pozostałych dwóch pokojach mieszkali Władek i Nina Fijałkowscy, Marek Piaskowski[23] z żoną Stasią i synkiem Piotrusiem oraz pani Praussowa. Ja z Hanią zamieszkałyśmy w jadalni na parterze; spałyśmy na jednym tapczanie. W gabinecie obok mieszkał Bronek-junior; często trafiał się jakiś gość, który też tam nocował. Pokojówka Władzia wróciła aniąHado swych rodziców na wieś, w pokoju służbowym została kucharka Aniela. Później zamieszkała z nią moja dawna koleżanka szkolna, Wanda Krechowiecka.

Towarzystwo było bardzo zgodne i zupełnie przyjemne, nawet wówczas, gdy przyjechała żona kpt. Seniukowa, Żenia[24]. Nasza kuchnia była bardzo wygodna, nie było fajerek, tylko duża płyta, pod którą palił się gaz i w każdym miejscu jednakowo dobrze się gotowało. Najgorzej było z zaopatrzeniem w żywność. W sklepach nic prawie nie można było kupić, po chleb stało się godzinami. Na szczęście mieliśmy przyjaciół, którzy o nas nie zapomnieli; dzięki nim miałam prawie zawsze nabiał, warzywa i owoce, a od czasu do czasu i mięso. Jedna z moich byłych pomocnic domowych, która miała gospodarstwo za Zieloną Rogatką, przez całą zimę, nawet w największe mrozy, nosiła nam co dzień mleko, choć to było sześć kilometrów na piechotę w jedną stronę.

Nadal szukano mego męża i wciąż robiono rewizje, przeszukując cały dom, od piwnic aż do strychu. Zabrano wszystkie dokumenty i odznaczenia, m.in. order Virtuti Militari, Polonia Restituta, Krzyż Niepodległości, cztery Krzyże Walecznych i złoty order włoski, o którym już pisałam. Zabrano też mnóstwo map mojego syna i wiele cennych pamiątek, ale trudno. Wciąż poszukiwaliśmy sposobu wydostania męża za granicę, ale jakoś nic się nie udawało. Nie powiodła się również próba przedostania się do Rumunii, choć miałam już dla niego wizę rumuńską[25]. Wreszcie Bronek zdecydował się przedostać na stronę niemiecką. Pod koniec października pojechał do Przemyśla i tam czekał okazję przejścia granicy. Pojechała z nim moja siostrzenica Nina, bo byłam bardzo niespokojna, żeby go po drodze nie zatrzymali. Miałam adres, gdzie zatrzymał się i tam go nawet odwiedziłam. W Przemyślu czekały dziesiątki tysięcy uchodźców, którzy chcieli wracać do swoich domów. Co pewien czas przepuszczano przez granicę duże gromady ludzi bez większej kontroli. Również mojemu mężowi udało się tą drogą przejść szczęśliwie granicę; po stronie niemieckiej mógł się czuć względnie bezpiecznie, bo nikt go nie znał i był jednym z pośród tysięcy[26].

W tym czasie byli jeszcze ludzie, którzy się przedzierali przez granicę w przeciwnym kierunku; jedni szukali możliwości przedostania się do Rumunii i dalej na Zachód, inni przynosili ze sobą jakieś drobiazgi, aby je we Lwowie sprzedać – doprawdy nie wiem co, bo mnie to nie interesowało. Dzięki temu otrzymałam wkrótce wiadomości od męża. Początkowo pojechał do brata Czesława do Łodzi, a potem do Warszawy, bo brata z rodziną Niemcy wysiedlili z Łodzi. Z Warszawy do Lwowa przedarł się m.in. pułkownik Sosabowski[27], który również przywiózł wiadomości od Bronka. Był u mnie przez parę dni, ale znalazł jakąś możliwość przejścia granicy i poszedł na Zachód. Wrócił po wojnie, ale w trumnie, bo prosił aby go pochowano w kraju; byłam nawet na jego pogrzebie w Warszawie.

Wstąpił też do nas w tym czasie młody chłopiec; Janusz Antoniewicz[28] i też przeszedł granicę rumuńską. Niestety, skacząc później ze spadochronem bardzo ciężko się rozbił; żyje, ale jest bardzo chory nerwowo. Przyszedł także Witold Grygiel – nasz powinowaty[29] i przywiózł nowe wiadomości od Bronka-seniora. Ponieważ wkrótce wracał do Warszawy, zawiózł z kolei wiadomości ode mnie do męża.

Zima 1939 r. zaczęła się wcześnie, a Lwów nie był zabezpieczony w węgiel[30]. Tylko w naszym domku było ciepło i dlatego oficer polityczny zarządził, że u nas w hallu będzie miał pogawędki dla okolicznych mieszkańców. Przychodziło na nie dość dużo kobiet i trochę mężczyzn. Lwowianie nie znali języka rosyjskiego; co najwyżej ukraiński, ale te języki dość się jednak różnią. Dlatego tylko ja jednak rozumiałam, co mówi nasz prelegent, a nawet czasem dysputowałam z nim. Twierdził na przykład, że w Polsce kobiety nie miały prawa głosu. Gdy zaprzeczyłam, nie stropił się wcale, tylko stwierdził: „Niczewo, da w Japonii nie gołosujut!”[31].

Wszystko to nie byłoby takie okropne, gdyby nie zmartwienie z synem. Bronek zdał w 1939 r. maturę; trzeba było dalej się kształcić. Dość szybko otwarto we Lwowie wyższe uczelnie i syn postanowił studiować na politechnice. Zapisał się na Wydział Chemiczny i zdał bardzo dobrze egzamin; był bardzo zadowolony i szczęśliwy. Tymczasem mianowano jakiegoś komisarza Politechniki, Rosjanina, który unieważnił poprzednie egzaminy i zarządził nowe. I znów Bronek zdał bardzo dobrze, został przyjęty i zaczął chodzić na wykłady. Wkrótce jednak również ten drugi egzamin unieważniono i zarządzono trzeci. Cała historia powtórzyła się od nowa. Bronek znów zdał doskonale, został umieszczony na liście przyjętych i chodził dalej na wykłady i ćwiczenia. Ni z tego, ni z owego przychodzi rozkaz od Komisarza Politechniki, że syn mój ma być usunięty z uczelni.

Przeraziłam się, ale ponieważ znałam dobrze język rosyjski, poszłam do Komisarza zapytać, jaki jest powód jego decyzji. „Syn liszeńca – odpowiedział – nie może się kształcić!”. „Nie przypuszczałam, że może być takie prawo, aby dzieci były karane za rodziców – odpowiedziałam. Zresztą jego ojciec jest człowiekiem bez zarzutu, a to że działał w organizacjach swojego kraju nie może być poczytywane za zbrodnię. Takie prawo istnieje chyba tylko w Rosji, w co jednak wątpię!”. Komisarz się trochę zmieszał i powiedział: „Wasz syn ma dopiero 17 lat, niech poczeka do przyszłego roku i zostanie przyjęty”. Bronek chodził jeszcze przez pewien czas na wykłady, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że długo tego ciągnąć się nie da.

Miałam też zmartwienie z Hanią. Zapytałam Pana Wieleżyńskiego, który początkowo jeszcze kierował „Gazoliną”, czy by Hania nie mogła dostać pracy w naszej firmie. „Oczywiście – odpowiedział, nawet jest mi właśnie potrzebna taka urzędniczka. Niech od jutra przychodzi do biura”. Niestety, władze sowieckie zaczęły się wkrótce wtrącać coraz bardziej do „Gazoliny”, mianowały komisarza i nowych dyrektorów – Rosjan[32]. Po jakimś czasie w styczniu 1940 r., Hania została zwolniona z pracy na polecenie jednego z Rosjan. Poszłam do niego z zapytaniem, dlaczego moja córka nie może pracować. Kręcił się i plótł coś bez sensu, wreszcie powiedział, że nas odwiedzi i wtedy porozmawiamy. Komika! Poprosił o rękę Hani, no i oczywiście o mieszkanie w naszej willi. Odpowiedziałam, że córka moja jest już zaręczona z kim innym, a nasze mieszkanie jest tak zapełnione, że ja z córką korzystamy tylko z jednego pokoju i z jednego tapczanu. W rezultacie Hania została z pracy usunięta.

Był to czas straszny, najbardziej jednak niepokoiłam się o syna, bo coraz więcej młodych chłopców aresztowano i wywożono do Rosji. Pozostawała tylko ucieczka za granicę albo do Warszawy. Mąż mój był już tam od paru miesięcy i choć warunki były też okropne, to jednak byliśmy tam zwykłymi ludźmi, nie żadnymi „liszeńcami”; istniało nawet tajne nauczanie. Właśnie przyszedł stamtąd Witold Grygiel, który zapewnił, że uda mu się przejść razem z Bronkiem granicę. We Lwowie były tej zimy duże mrozy, dochodzące do 36 stopni, ale około 20 stycznia troszkę zelżało i mróz spadł do 23 stopni. Witold obiecał też naszym znajomym przenieść pieniądze dla ich rodziny w Warszawie. Pan Szczęsny Tarnowski[33] przyniósł najpierw 40 tysięcy zł, ale mieli sprzedać jakieś futra i przynieść jeszcze więcej. 40 tysięcy postanowiłam schować w bochenku chleba, który sama upiekłam z ciasta twardego jak na kluski. Ponadto włożyłam w dwie bułeczki dwa tysiące złotych, jeden tysiąc dla Witolda Grygla za przeprowadzenie Bronka, a drugi dla Bronka, aby miał trochę grosza na początek. Resztę pieniędzy – 70 tysięcy zł – pan Tarnowski przyniósł dopiero rano w dniu, kiedy już wychodzili. Witold wsadził te pieniądze do plecaka, bo na chowanie nie było już czasu. Chłopcy wyszli 23 stycznia[34].

Najwięcej mnie martwiło to, że granica była już wtedy bardzo strzeżona i były druty naelektryzowane i że nie będę wiedziała, czy udało im się przejść, czy też zostali aresztowani, bo wtedy ślad by po nich zaginął. We Lwowie miałam dużo przyjaciół, należała do nich pani Szaynokowa[35]. Jej syn Jędruś zaraz na początku wojny wyjechał z trzema kolegami do Rumunii[36]; chcieli przedostać się dalej, ale zatrzymano ich w Bukareszcie i kazano zdać maturę, a potem dopiero mieli iść do wojska. Dowiedziałam się, że listy do Rumunii można pisać zarówno ze Lwowa, jak i z Warszawy. Bronek wziął adres Jędrusia i miał go zawiadomić po przyjeździe do Warszawy; chłopcy się przyjaźnili, choć Jędruś był młodszy i miał jeszcze jeden rok do matury. Przez sześć tygodni czekałam na wiadomość od Jędrusia i serce mi zamierało z rozpaczy. Wreszcie jednej niedzieli, o 8-ej rano wpada pani Szaynokowa z depeszą w ręku, po niemiecku[37]: „Matura gemacht, Bronek ist gesund” (Matura zrobiona, Bronek jest zdrów). Był to chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Dopiero znacznie później dowiedziałam się, z jakimi wielkimi trudami i niebezpieczeństwami udało się im przedostać przez granicę[38].

Rozmawiając kiedyś z panią Szaynokową spytałam, jak sobie radzi materialnie, bo ja sprzedałam już srebro stołowe i wiele innych cennych rzeczy. „Mąż mnie zabezpieczył w trochę dolarów i monet złotych – wyjaśniła, i jakoś żyjemy we dwie z Haneczką” (córką). Myśmy z mężem nie mieli żadnych dolarów ani złota, ale i tak przeżyliśmy. Mieliśmy dużo przyjaciół, którzy ofiarowywali mi pomoc pieniężną, ale broniłam się przed przyjęciem, bo nie wiedziałam kiedy i jak będę mogła oddać. Miałam rację, bo jeszcze długo po wojnie byliśmy w bardzo ciężkim położeniu i trudno by nam było oddać cokolwiek.

Zaczęło się życie smutne, a nawet tragiczne. Coraz więcej ludzi aresztowano i wywożono do Rosji. Rozwijała się jednak również działalność podziemna. Ja od razu weszłam do tej roboty. Ułatwiałam życie i pracę pułkownikowi Kotarskiemu, który kierował całą tajną organizacją, a czuł się we Lwowie bardzo osamotniony. Poznałam go z wieloma ludźmi i byłam łącznikiem między nim a jego żoną, która została z małą córeczką w Ostrogu. Otrzymywałam od niej paczki dla męża i doręczałam je, przekazując w zamian pani Kotarskiej wiadomości od męża. Wkrótce pani Kotarska została wywieziona do Kazachstanu i tam umarła. Córeczka ich Elżunia wróciła po wojnie do Warszawy i mogłam jej powiedzieć coś o losach ojca, który po paru miesiącach po naszym wyjeździe ze Lwowa został uwięziony i zginął[39]. Pan Kotarski był niezwykłym człowiekiem. Jak on rozpaczał nad naszą klęską i jak bardzo był oddany swej pracy w podziemiu! Drugiego takiego człowieka nie spotkałam już w życiu. Cześć jego pamięci!

Bardzo też zżyłam się z panią Reymanową. Była ona kuzynką pani Praussowej i z tej racji zjawiła się u nas we Lwowie. Wyjechała z Warszawy na samym początku wojny jako pielęgniarka. Miała zresztą dużo powodów, żeby uciekać przed Niemcami, bo była Żydówką i komunistką. Przed wojną miała nawet jakieś przykrości i usunięto ją z pracy. Pani Praussowa zwróciła się do mego męża, aby interweniował w tej sprawie. Oczywiście pomógł, panią Reymanową uwolniono z więzienia i zaraz została przyjęta do pracy.

Pani Reymanowa była niezwykle dobrą i miłą osobą. Pracę we Lwowie dostała od razu i nawet mieszkanie, ale nie miała nic z ubrania i bielizny. Obdarowałyśmy ją od razu ubraniami Hani, bo moje sukienki były na nią za małe. Dałyśmy jej też buciki, płaszcz i nawet futerko na zimę; było u nas tego wszystkiego dosyć. Warunki pracy miała bardzo dobre, cenił ją dyrektor Ubezpieczalni pan Świderski. Przychodziła do nas często, aby trochę się oderwać od samotności i smutku. Mąż jej, siostrzeniec pani Praussowej, pozostał w Warszawie.

Raz przyszła z wiadomością, że dostała kartę od męża, który – jak się okazało – został aresztowany na granicy. Przejeżdżając przez Lwów podał tę kartkę jakiemuś człowiekowi, błagając, aby ją oddał jego żonie. Adres był na kartce i ten ktoś przyniósł ją pani Reymanowej; oczywiście został dobrze nagrodzony. Ona, znając doskonale język rosyjski, chodziła do wszystkich biur i więzień, ale nigdzie go nie było. Gdy po długich poszukiwaniach spytała jakiegoś prokuratora, jak to jest możliwe, żeby nic nie było wiadome o aresztowanym, przecież nawet bydło jest jakoś ewidencjonowane, ten odpowiedział jej: „Gdyby chodziło o bydło, to oczywiście mielibyśmy wszystkie dane, ale tacy ludzie, to dla nas mniej niż bydło!”.

Dopiero po dwóch lub trzech miesiącach dostała kartkę od męża z Mikołajowa (miasto na południu Ukrainy), że był tam jakiś czas więziony, ale został uwolniony i może się jeszcze zobaczą[40]. On nawet wrócił po wojnie do Warszawy, ale ona niestety zginęła pierwszej nocy po wejściu Niemców do Lwowa. Schroniła się u państwa Ostrowskich, u których często bywała, gdyż liczyła że ten słynny chirurg będzie bezpieczny. Według mego przekonania, a wielu lwowiaków mówiło to samo, Ukraińcy z Niemcami rzucili się na mieszkanie państwa Ostrowskich z powodu bogactw, jakie były u nich nagromadzone. Lwowiacy, zagrożeni aresztowaniem lub wywiezieniem, znosili do nich swoje najcenniejsze rzeczy, bo byli pewni, że mieszkanie państwa Ostrowskich jest bezpieczne. Ja także zaniosłam do nich przed ucieczką ze Lwowa kilka cennych pamiątek. Państwa Ostrowskich znaliśmy od dawna, a pani Ostrowska[41] była nam bardzo życzliwa.

Kiedyś pani Reymanowa prosiła mnie, abym zawiadomiła pana dyrektora Świderskiego, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo i aby dziś jeszcze opuścił swoje mieszkanie. Poszłam zaraz do niego i powiedziałam: „Niech mi Pan uwierzy i natychmiast opuści swój dom”. Bronił się, że dzisiaj nie może uciekać, bo ma dużo spraw do załatwienia, ale jutro wyjedzie. Niestety, tejże nocy był zabrany do więzienia i zdaje się wkrótce zginął.

Wkrótce później pani Reymanowa przyszła bardzo smutna i powiedziała, że niestety szykuje się wielka wywózka inteligencji ze Lwowa i ja jestem na pewno na liście. Wkrótce dostałam zawiadomienie z naszego wydziału[42], aby się zjawić. Gdy przyszłam, przy stoliku siedział elegancki pan, który się podniósł i przedstawił. Nazwisko było ukraińskie, ale mówił świetnie po polsku. Zapytał mnie, jakie mam plany na przyszłość. Odpowiedziałam, że jesteśmy tylko we dwie z córką, która na pewno dostanie pracę. Ja mam duży ogród i dwie lokatorki, które cokolwiek płacą, a także dwóch oficerów Rosjan na kwaterunku[43]. Myślę, że przeżyjemy tutaj wojnę. „Nie radzę pani zostawać – odpowiedział. – Niech się pani stara gdziekolwiek wyjechać, bo i pani i córka jesteście przeznaczone do wywózki w głąb Rosji”. „Postaram się” – powiedziałam i podziękowałam. A więc koniec nadziei!

Od tego dnia sypiałyśmy z Hanią poza domem. Hania u swej koleżanki szkolnej Lidki Biskupskiej, a ja albo u państwa Kowalczewskich na Żelaznej Wodzie, albo u państwa Zagórskich. Obaj pracowali jeszcze wtedy w naszej firmie „Gazolinie”[44].

Znalazłyśmy jakiegoś przewodnika, który miał możliwość przejścia przez granicę i za duże wynagrodzenie podjął się nas przeprowadzić. Mieliśmy iść przez Śniadowo (koło Białegostoku), gdzie granica jest wprawdzie bardzo strzeżona, ale są tylko druty kolczaste, a nie ma naelektryzowanych. Naznaczywszy dzień wyjazdu, postanowiłyśmy ostatnią noc spać w domu, aby się wykąpać i wziąć cokolwiek rzeczy do plecaka. Małą walizkę z pieniędzmi i trochę lepszych rzeczy wziął przewodnik. Był on bardzo niesympatyczny i nie miał jednego ucha, co było okropne, ale zdecydowałam się mu zaufać kiedy powiedział, że trasa ucieczki prowadzi ze Śniadowa przez Sulęcin i Pałapus. Były to okolice, w których urodziła się i mieszkała moja matka, a Pałapus był kiedyś własnością ciotki mamusi, bardzo dobrej i kochanej[45]. Pomyślałam, że ona nam pomoże.

Noc z 12-go na 13-ty kwietnia spędziłyśmy w domu. Spałam razem z Hanią, ale byłam niespokojna, bo całą noc słyszałam szalony ruch aut na ulicach i wcale nie spałam. Jeszcze było ciemno, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi frontowych. Krzyknęłam: „Haniu, uciekajmy!”. Zobaczyłam przez oszkloną werandę trzech panów w mundurach, bo furtka od ulicy była otwarta. Nocowała wtedy u nas Wanda Krechowiecka[46]. „My uciekamy – powiedziałam jej, otwórz dopiero za chwilę! Złapawszy pod pachę ubrania wypadłyśmy tylnym wejściem do ogrodu. Padał śnieg, zasypując nasze ślady. W ogrodzie była mała oszklona cieplarnia. Klucz był w drzwiach. Zamknęłyśmy je od środka i zaczęłyśmy się ubierać. Hania wyjęła klucz z zamka i stanęłyśmy za drzwiami, drżąc z zimna i strachu. Goście byli już w domu, szukali nas wszędzie, Morus szczekał jak oszalały. Znacznie później dowiedziałam się od Wandy Krechowieckiej, kiedy przyjechała do Warszawy, że oficer NKWD, który mieszkał obok nas powiedział: „Szukajcie ich, one wczoraj się kąpały i muszą tutaj być!”. Szukano nas jak igły. Przyszedł żołnierz i do cieplarni, ale nas przez szybę nie było widać, a drzwi były zamknięte. Szarpał i kopał te drzwi, a myśmy się do nich przyciskały, bo to było jedyne miejsce, w którym byłyśmy niewidoczne; wreszcie poszedł.

Przewrócili cały dom do góry nogami i w końcu odjechali. Został tylko jeden żołnierz, który usiadł przy stole w naszym pokoju, pilnując że może się zjawimy. Ponieważ był po całonocnej pracy, prędko usnął w wygodnym fotelu. Wtedy Wanda przyniosła nam nasz plecak i powiedziała, żebyśmy czym prędzej uciekały. Wybiegłyśmy natychmiast przez ogrody w stronę glinianek. Naszykowałyśmy sobie zimowe obuwie, ale Hania nie miała sznurowadeł w bucikach. Na końcu naszej uliczki mieszkała pani Girzejowska[47]. Wpadłyśmy do niej drżąc z zimna, więc chciała nam dać ciepłego mleka, ale nie chciałyśmy nic pić ani jeść, tylko poprosiłyśmy o sznurowadła. Na szczęście miała i zaraz nam dała, więc Hania zasznurowała buty i mogłyśmy spokojnie iść.

Blisko nas mieszkała pani Tarnowska z dwoma synkami, bo jej męża już dawno zabrano. Niestety zastałyśmy mieszkanie zamknięte, a jakiś sąsiad powiedział nam, że w nocy ich wywieźli. Postanowiłyśmy, że ja pójdę do państwa Ostrowskich, bo byłam pewna, że ich nie wywiozą, a Hania do swej koleżanki szkolnej, Lidki Biskupskiej. Matka Lidki była wdową i pracowała na jakiejś skromnej posadce, nie obawiały się więc wywózki.

Idąc przez miasto widziałam otwarte ciężarówki pełne ludzi, byli wśród nich i znajomi. Między innymi zobaczyłam na takiej platformie państwa Laskownickich, zupełnie starszych ludzi, wraz z ich synową Lilą Laskownicką[48]. Byli straszliwie zrozpaczeni i przygnębieni; popatrzyliśmy tylko na siebie. Dużo później dowiedziałam się, że syn państwa Laskownickich, Stanisław, znany lekarz[49], jakimś cudem wyprosił uwolnienie rodziców i bratowej.

Na mój widok pani Ostrowska załamała ręce. Wiedziała już, że w nocy Rosjanie wywieźli mnóstwo inteligencji polskiej[50], m.in. lekarzy. Byłam bardzo głodna, więc pani Ostrowska zrobiła mi natychmiast śniadanie. Pokazała też, ile obrazów i innych cennych rzeczy, biżuterii, kryształów, srebrnych nakryć itd. naznosili do nich ludzie, licząc, że będą tam bezpieczne. Była tym przerażona. Skończyło się istotnie tragicznie, bo pierwszej nocy po wejściu Niemców do Lwowa wszyscy, którzy się schronili u Ostrowskich, podobno około 40 osób, zostali zamordowani. Ukraińcy z Niemcami dobrze wiedzieli ile tam jest bogactwa i wszystko zrabowali[51].

Spotkałyśmy się z Hanią na dworcu i już do wieczora czekałyśmy na pociąg. Spotkałyśmy się tam również z naszym przewodnikiem, ale nie jechałyśmy razem. Miałyśmy jechać przez Baranowicze, bo pociągi idące bardziej na zachód były znacznie dokładniej rewidowane. Na dwutorowej trasie ze Lwowa do Zdołbunowa jeden tor był normalny, a drugi szeroki, rosyjski. Nasz pociąg jechał po torze normalnym, a na sąsiednim jechały pociągi z wywiezionymi. Przez pewien czas jechaliśmy równolegle do pociągu, w którym wieziono same dzieci. Z okien bydlęcych wagonów wysuwały się dziecinne rączki, słychać było śpiewane dziecięcymi głosikami „Boże coś Polskę” i „Jeszcze Polska”. Byłam w zupełnej rozpaczy, chciałam wysiąść z naszego pociągu i dać się wywieźć z tymi dziećmi, żeby im pomagać, ale Hania przekonała mnie, że i tak by mnie do nich nie dopuścili.

 

[1] Bomby te upadły m.in. na ul. Gródecką, naprzeciw kościoła Św. Elżbiety, burząc kilka domów.

[2] Była ona żoną płk. Ignacego Kowalczewskiego, brata Józefa.

[3] Ignacy Kowalczewski (1895-1976), dowódca 17 p. uł., dostał się do niewoli niemieckiej a po uwolnieniu zamieszkał w Anglii. Jego żona Zofia z domu Potocka walczyła w AK (zm. 1971) – MW.

[4] Fijałkowscy zjawili się dopiero po zakończeniu działań wojennych (patrz pamiętnik Władysława Fijałowskiego).

[5] Zofia Praussowa, działaczka PPS, posłanka na sejm, była znajomą Wojciechowskich od czasów borysławskich.

[6] Mowa o Kamili z Wirthów Śniadalskiej, znajomej również z Borysławia.

[7] Uciekła też siostra autorki, Lucyna Piaskowska, lecz nie dotarła do Lwowa. Zginęła od bomby niemieckiej w Rykach k. Warszawy.

[8] Jadwiga (Lusia) z Wieleżyńskich Jamrozowa, wdowa po Stanisławie.

[9] Halina z Kamieńskich Wieleżyńska, żona Ignacego.

[10] W Skniłówku, ok. 3 km od ul. Grochowskiej.

[11] Ul. Norwida.

[12] Przy ul. Potockiego, ok. 1,5 km od ul. Norwida.

[13] Z relacji ustnej JW: Od rana do wieczora, a czasem i w noc trwała koło naszego domu strzelanina, tak że można się było tylko czołgać po podłodze. Prawie wszystkie szyby w oknach były wybite, a po podłodze walało się pełno kul. Jeden pocisk rozbił kaloryfer na pierwszym piętrze i w pewnej chwili zalały nas potoki wody. Nie było elektryczności, ani wody w kranach. Na szczęście mogliśmy ją brać z kotła centralnego ogrzewania; do końca był też gaz. Niemcy zdobyli dużą willę po drugiej stronie naszej ulicy, tzw. Francówkę, a następnie przeszli ulicę i zajęli sąsiedni dom pod nr 5. Próbowali też wejść do naszego domu, ale nie zdołali sforsować mojej siatki, zabezpieczonej w górze drutem kolczastym. Niemcy atakowali Lwów nieprzerwanie przez 10 dni, wszystkie szturmy zostały jednak odparte. Największe walki toczyły się na ul. Gródeckiej i Janowskiej, prowadzących w kierunku zachodnim; zniszczono tam wiele czołgów niemieckich.

[14] Wojska radzieckie wkroczyły do Lwowa na podstawie kapitulacji, podpisanej przez dowódcę obrony miasta, gen. Władysława Langnera, dn. 22 września (w piątek).

[15] Według Beaty Obertyńskiej („W domu niewoli”) zbiórkę oficerów zarządzono na Placu Bernardyńskim. W myśl warunków kapitulacji podpisanej przez generała Langnera z dowództwem Armii Czerwonej (Władysław Langer: „Ostatnie dni obrony Lwowa”), oficerowie polscy mogli się udać za granicę. W tym rzekomo celu zarządzono ich rejestrację. Wszyscy, którzy się zgłosili zostali zatrzymani, a następie przewiezieni do obozu jeńców w Starobielsku, skąd nikt nie wrócił.

[16] Mjr Stefan Gołaszewski był kolegą B. Wojciechowskiego z wojny 1920 r. Jego rodzina została wywieziona w głąb Rosji.

[17] Był to poniedziałek, dnia 25 września.

[18] Ul. Leona Sapiehy 3.

[19] Następne pięć stron zawiera opis oparty na relacjach ustnych Jadwigi i Bronisława Wojciechowskich.

[20] W 1939 r. dowodził 7 pułkiem strzelców konnych z Ostroga.

[21] Koniec fragmentu opartego na relacjach ustnych.

[22] Ich mieszkanie w domu przy końcu ul. 29 Listopada zostało zniszczone w czasie działań wojennych..

[23] Marek, który był inżynierem-drogowcem, dostał wkrótce pracę przy budowie szosy Lwów – Kijów i przyjeżdżał tylko na niedziele. Po wyprowadzeniu się Fijałkowskich i Piaskowskich na ich miejsce wprowadziła się pani Kalitowa z dwoma córkami; mieszkały w tym samym domu co pani Dłuska i ich mieszkanie uległo również zniszczeniu. Jedna z jej córek wyszła później za mąż za lekarza – Rosjanina, dr Pawłowa i mieszkali w domu przy ul. Norwida 7 jeszcze przez wiele lat po wojnie.

[24] Żenia przyjechała w jednej bluzce i spódnicy z mocno połatanego worka po kartoflach. Oboje Seniukowie byli jednak ludźmi bardzo porządnymi i grzecznymi, nie sprawili nigdy najmniejszej przykrości. Nie znosił ich tylko Morus, który stale na nich warczał i nie chciał nawet tknąć kości, które mu przynosił Seniukow.

[25] Wiza ta znajdowała się w domu w czasie najszczegółowszej, ośmiogodzinnej rewizji, lecz nie została znaleziona. Była ukryta w kieszeni lekkiego płaszcza, którym przykryty był stos bielizny z prania, leżący na strychu.

[26] Przeszedł granicę dnia 1 listopada 1939 r. Tą samą drogą przeszli wkrótce później Fijałkowscy, a następnie Praussowa. (Bronisław Wojciechowski wmieszał się w tłum uchodźców ze wsi i przeszedł przez kontrolę udając męża jakiejś kobiety z dziećmi; potem pomógł im wrócić tam, skąd pochodzili – MW).

[27] Stanisław Sosabowski (1892–1969), późniejszy generał, dowódca Samodzielnej Brygady Spadochronowej, która walczyła pod Arnhem.

[28] Był on synem Czesławy ze Strzeleckich Antoniewiczowej, przyjaciółki J.W. z czasów szkolnych.

[29] Jego brat, Cels Grygiel był żonaty z Janiną Miernikówną, siostrzenicą B. Wojciechowskiego.

[30] Spalono wtedy we Lwowie wszystkie płoty, wyrąbano większość drzew w parkach i na ulicach.

[31] Była to akcja agitacyjna przed wyborami do tzw. Konstytuant Zachodniej Ukrainy. Głosowanie odbyło się dn. 24 października, wszyscy musieli w nim brać udział; do ciężko chorej p. Dłuskiej przywieziono urnę samochodem do domu. Było to tym dziwniejsze, że głosowanie odbywało się na jedną listę, z jednym jedynym kandydatem w każdym okręgu.

[32] Jesienią 1939 r. utworzone zostało na bazie S.A. „Gazolina” państwowe przedsiębiorstwo „Ukrgaz”. Całą starą dyrekcję usunięto, zatrzymano jedynie jako eksperta inż. Wieleżyńskiego. Uniknął wraz z rodziną represji dzięki interwencji Heleny Usiejewicz, córki Feliksa Kona, z którym za młodu się przyjaźnił. Usiejewiczowa, która miała wielkie wpływy jako komunistka odwiedziła Wieleżyńskich we Lwowie na jesieni 1939 r.

[33] Szczęsny Tarnowski był członkiem dyrekcji „Gazoliny”. Wywieziony wraz z rodziną do Rosji, zmarł w 1941 r. w Teheranie na tyfus.

[34] Pojechali koleją do Rawy Ruskiej, dalej pieszo.

[35] Inż. Władysław Szaynok, zmarły w 1928 r., był jednym z założycieli f-rmy „Gazolina”.

[36] Byli to: Janek Kowalczewski, jego cioteczny brat Zagórski oraz Adam Kazimirowski.

[37] Korespondowanie z zagranicą po polsku było zabronione.

[38] Zostali złapani na granicy, lecz po trzech dniach wypuszczono ich i 28 stycznia przeszli granicę pod Bełżcem. Pieniądze wiezione w plecaku przepadły, natomiast „zapieczone” w chlebie udało się przenieść i zostały oddane siostrze p. Tarnowskiego.

[39] Podpułkownik Władysław Kotarski działał od jesieni 1939 r. w ZWZ (pseudonim „Druh”, „Nadolny”). Do kwietnia 1940 r. był komendantem okręgu Lwów-Wschód, a następnie komendantem całego Obszaru Nr 3 (województwa południowo-wschodnie). Został aresztowany pod koniec kwietnia 1940 r. O dalszych jego losach nic nie wiadomo.

[40] Faktycznie był skazany na 15 lat obozu pracy. Został zwolniony na jesieni 1941 r.

[41] Jadwiga ze Szczuków.

[42] Zapewne chodzi o Administrację Domów lub Zarząd Dzielnicy.

[43] Po wyjeździe syna jego pokój zajął drugi oficer radziecki, NKWD-ysta, który bezustannie szpiegował mieszkające w sąsiednim pokoju lokatorki.

[44] Inż. Józef Kowalczewski był początkowo aresztowany, lecz został zwolniony z więzienia jako wybitny fachowiec. Kiedy po kolejnym odwiercie nie udawało się zamknąć gazu, wydobywającego się pod ogromnym ciśnieniem, rosyjski komisarz „Gazoliny” przywiózł Kowalczewskiego prosto z więzienia we Lwowie do kopalni w Daszawie. Zagórski był żonaty z siostrą inż. Kowalczewskiego.

[45] Matka autorki urodziła się w Lubiejewie (powiat Ostrów Maz.). Pałapus był jednym z folwarków wchodzących w skład dóbr Lubiejewo. Gospodarowała tam starsza siostra jej dziadka, Magdalena Stawiarska. Niedaleko od tych miejsc urodził się również ojciec autorki, Józef Zaleski.

[46] Koleżanka autorki z pensji w Piotrkowie.

[47] Matka Janusza Girzejowskiego, Helena.

[48] Mowa o Bronisławie Laskownickim, naczelnym redaktorze lwowskich dzienników „Wiek Nowy” i „Express Wieczorny” z żoną Izabellą oraz żonie jego syna Janusza, również dziennikarza, który dostał się do niewoli niemieckiej i spędził wojnę w „Oflagu”.

[49] Stanisław Laskownicki, chirurg, był docentem Uniwersytetu Lwowskiego.

[50] Dnia 13 kwietnia 1940 r. (w sobotę) miało być wywiezionych ze Lwowa 15 tysięcy osób.

[51] Natychmiast po wkroczeniu Niemców do Lwowa, 30 czerwca 1941 r., wszystkie osoby znajdujące się w mieszkaniu Ostrowskich zostały aresztowane i zamordowane, wraz z grupą profesorów wyższych uczelni lwowskich, na wzgórzach Wuleckich. Skarby nagromadzone w mieszkaniu Ostrowskich zrabowała ekipa kierowana przez agenta gestapo, Mentena. Sprawa ta zyskała szeroki rozgłos w trzydzieści kilka lat później, w związku z procesem Mentena.

Przypisy i dopiski oparte na przekazie ustnym: jej syn Bronisław Wojciechowski

Nieliczne przypisy sygnowane MW – wnuk Michał Wojciechowski.

Zdjęcia – domena publiczna